Bywają takie wydarzenia po zaistnieniu których, dla ich uczestników, nic już nigdy nie będzie takie samo jak było wcześniej. Odejście Kingi Freespirit, wolnego ducha, w trakcie odbywania swojej wymarzonej podróży po Afryce, jest właśnie takim zwrotem w naszym życiu.

Okoliczności w jakich to wszystko się działo - Afryka, pochylenie się Kingi nad losem dziecka, obdarowanie go wolnością, spełnienie dziecięcego marzenia pójścia do szkoły i rozpoczęcia nauki- to niezwykły symbol wrażliwości na innych...

 

Los drugiego człowieka, zwłaszcza dziecka nie może być obojętny dla świata.
Otrzymaliśmy mandat - przyzwolenie wielu ludzi poruszonych losem afrykańskich dzieci oraz zainspirowanych postawą życiową Kingi, aby kontynuować zapoczątkowaną przez Nią misję.

 

Powołaliśmy Fundację. Uniwersalne wartości to nasze drogowskazy.

 

Przeczytaj o początkach Fundacji w Wydarzeniach z 2005/2006 » 

 

 

 

Kinga Choszcz znana również jako Kinga Freespirit (1973- 2006)

 

Podążanie za marzeniami, wędrowanie z wiarą w dobroć napotkanych na szlaku ludzi, dostrzeganie piękna w detalach dnia codziennego..."Każde marzenie dane jest nam wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia " - takie motto Kinga umieszcza w swej książce i raz po raz udowadnia, że mocy jej nie brak.

 

"Pozwalaliśmy wydarzeniom po prostu się wydarzać, a drodze prowadzić nas poprzez nowe miejsca, kraje, przygody" - wspominali Kinga i Chopin po powrocie z pięcioletniej włóczęgi dookoła świata, za którą otrzymują prestiżową nagrodę Kolosa. Podróż przez Afrykę to realizacja kolejnego marzenia. Odkrywanie nowych miejsc i ludzi to Kingi pasja, afrykańskie dzieci - Kingi miłość.

 

Z pamiętnika Kingi: „...Tak więc ocierając się lekko, ale nie wchodząc zbyt głęboko w miejscowy handel dziećmi-niewolnikami, ruszam jutro z rana z jedną szczęśliwą dziewczynką w stronę jej rodzinnej wioski w Ghanie.

 

Odmieniła los tylko jednego dziecka, ale to stało się inspiracją do

późniejszego powołania Fundacji Freespirit z jej misją. Los wiele

lat łaskawy tym razem nie pozwolił Kindze do nas fizycznie powrócić...

9 czerwca 2006 roku umiera w Ghanie na malarię.

 

Teraz wraca do nas... w zrealizowanych marzeniach, czynach zainspirowanych jej podróżą... i w uśmiechu dzieci z Moree. Żyje w pamięci przyjaciół rozrzuconych po całym świecie i na stronach kolejnej książki, tym razem w serii Poznaj Świat. Za Moją Afrykę Kinga Choszcz zostaje uhonorowana pośmiertnie nagrodą Bursztynowego Motyla za najlepszą książkę podróżniczą roku 2008, za prowadzenie nas śladem własnych marzeń.

 

 

Krystyna Choszcz

mama Kingi, Fundator Fundacji Freespirit

 


P r o w a d z i ł  j e  l o s

Z pamiętnika Kingi

"…Tak więc ocierając się lekko, ale nie wchodząc zbyt głęboko w miejscowy handel dziećmi-niewolnikami, ruszam jutro z rana z jedną szczęśliwą dziewczynką w stronę jej rodzinnej wioski w Ghanie". To ostatnie słowa Kingi z jej internetowego pamiętnika. 

 

21 maja 2006 Wybrzeże Kości Słoniowej, Abidjan/Ghana

 

Malajka

...Akua kończy się pakować obserwowana przez trochę chyba zazdroszczące jej dziewczyny, które już od świtu pracują przy wielkich garach na podwórku. Akua spakowała cały swój dobytek do niewielkiej torby, którą kupiłam jej wczoraj. Kobieta, która z nami jedzie nie zabiera swojego bagażu, bo wraca tu wkrótce, ale dostaje od big mamy wielka torbę ryżu, trzy półlitrowe butelki z olejem i parę wielkich kostek mydła. Domyślam się, że to dla rodziny Akuy za jej pracę. Po prostym pożegnaniu bierzemy taksówkę do dworca autobusowego. Tu jeszcze towarzyszy nam Rasta i pomaga z bagażami, ale dalej ruszamy już same. Czeka nas długi dzień i wielokrotne zmienianie środków lokomocji. Pierwsza część podróży jest komfortowa, w wielkim nie stłoczonym autokarze. Ale wkrótce następuje parę przesiadek na bush-taxi zwane tutaj „trotro", czyli maksymalnie zatłoczone vany. Potem osobowe - siedmioosobowa taksówka, która zdegenerowaną drogą dowozi nas do ujścia wpadającej do oceanu rzeki. Tu następuje dłuższy przystanek w oczekiwaniu aż rozładuje się mocno zapakowana towarami łódź, która przewiezie nas na druga stronę. Kupuję nam wszystkim grillowane banany jako przekąskę oraz na stoisku ze słodyczami siatkę lizaków i słodkości, które daję Akui do obdzielenia rodzeństwa oraz dzieci w swojej wiosce. Zapakowujemy się w końcu na spora drewnianą łódź….


W końcu jednak docieramy do granicy Ghany….

Dostajemy z Akuą miejsce z samego przodu, więc i szansę na najlepsze widoki. Ta już droga jest prosta i szeroka, ale nawierzchnia to pomarańczowa, rozmokła po niedawnych ulewach ziemia, w której pełno ogromnych kałuż. To jest chyba najdłuższy odcinek trasy i znużona Akua kładzie mi się na kolana i zasypia. Ja też zapadam w przerywaną drzemkę. W Takoradi przesiadka na kolejnego vana i już po ciemku suniemy dalej, teraz już prosto do Cape Coast, a stamtąd do Moree, wioski Akuy! Podążamy w ciemności błotnistymi uliczkami za kobietą, która mówi, że do rodziny Akuy pójdziemy jutro z rana, bo tam nie ma warunków dla mnie na nocleg. Dziś dostanę wraz z Akuą pokoik u jej rodziny. Pokoik w domu bez elektryczności i toalety, ale z łóżkiem i powolnym, głośnym wiatrakiem. Obie jesteśmy zmęczone długą podróżą, więc zapadamy szybko w sen.


 

Maj 2006: Akua idzie do szkoły

 

Nie sądziłam, że znaleziona przypadkiem w przewodniku informacja o dzieciach-niewolnikach doprowadzi mnie aż tu. Mam na myśli nie tylko miejscowość, z której pochodzi Akua, lecz przede wszystkim to, że mogę mieć wpływ na ludzkie losy. Bo życie Akuy zmieniło się diametralnie z dnia na dzień. Może nie była ona niewolnikiem w ścisłym znaczeniu tego słowa, ale czymże różniła się jej codzienność od tej, której doświadczają niewolnicy? Z dala od swej rodziny, w obcym kraju, pracowała ciężko całymi dniami, świątek, piątek i niedziela. Jak długo to trwało? Ekua nie potrafiła zliczyć mijających tygodni, miesięcy i lat, tak samo, jak nie potrafiła określić swojego wieku. Wiedziała tylko, że kiedyś nie dostała zapłaty. Pieniądze prawdopodbnie zostały wypłacone, nie trafiły jednak ani do dziewczynki, ani do jej rodziny, lecz przejęła je osoba, która przywiozła Ekuę do pracy, twierdząc, że to na pokrycie kosztów transportu, zakwaterowania i wyżywienia. 

 

Malajka idzie do szkoly

Akua nie domagała się niczego, nie dbała o pieniądze ani zadośćuczynienie za niesprawiedliwość, jakiej doświadczyła – była po prostu szczęśliwa, że może wrócić do domu. Ten dom to niewielkie pomieszczenie u babci, które za dnia jest kuchnią, w nocy zaś - miejscem odpoczynku babci, ciotki, Ekuy i jeszcze kilkorga dzieci, w średnio ciekawym, rybackim otoczeniu.


O matce Akuy wiem tylko tyle, że nie ma jej tutaj. Ojciec-rybak czasem tu bywa, ale nie za bardzo interesuje się córką. Właściwie to sama Ekua jest jakby matką dla swojego młodszego brata i jeszcze młodszej siostry. 'Akua' w lokalnym języku znaczy ‘środa’ – to niezbyt wyszukane, ale dość popularne imię dla dzieci urodzonych w tym dniu tygodnia. Jej rodzina, będąc pod wrażeniem powrotu Akuy do wioski w towarzystwie białego człowieka, poprosiła mnie, bym nadała jej jakieś chrześcijańskie imię. Ponieważ moje afrykańskie imię brzmi ‘Malaika’ i znam też piekną piosenkę o takim tytule, postanowiłam tak właśnie nazwać swą przybraną córkę. Tak, córkę, gdyż bardzo szybko zaczęła do mnie mówić ‘mamo’.


Akua idzie do szkołyZaprowadziłam Malaikę do szkoły. To niewielka, prywatna szkoła na obrzeżach miasteczka, która z pewnością będzie bardziej odpowiednia dla kogoś, kto stracił kilka początkowych lat nauki. Prywatna szkoła, w której czesne wynosi niespełna dziesięć dolarów za kwartał. Dyrektor dał mi listę potrzebnych książek. Włożyłam je do tornistra obok rzeczy przywiezionych z Abidjanu. Kupiłam nowe tenisówki, trochę różowego materiału na mundurek szkolny, zapłaciłam krawcowej za jego uszycie i już po trzech dniach Malaika pomaszerowała do szkoły z wszystkimi potrzebnymi przyborami, ubrana tak, jak pozostałe uczennice.


Martwiłam się trochę. Dzieci w klasie Malaiki są od niej młodsze. Potrafią już mówić, czytać i pisać po angielsku, tymczasem Akua nigdy nie miała długopisu w ręce. Wierzę, że przy dobrej woli nauczyciela i jej staraniach wszystko nadrobi, niemniej jednak martwiłam się o to, jak odnajdzie się w klasie. Okazało się jednak, że moje troski były niepotrzebne, gdyż Malaika jest bardzo towarzyska i choć nie odróżnia litery A od B to zaskarbiła sobie sympatię czym innym. Była przecież w wielkim mieście za granicą, podczas gdy większość dzieci nie wychyliła nosa poza własne miasteczko. Mówi trochę po francusku, a co najważniejsze – wróciła w towarzystwie białego człowieka i już samo to sprawia, że jest dla nich kimś szczególnym.


odrabianie zadaniaA teraz opowiem wam, jak się odrabia lekcje po afrykańsku. Malaika siada na niskiej ławeczce pośrodku podwórka. Nie zwraca uwagi na kozy zajęte nieopodal poszukiwaniem pokarmu, na swego nagiego braciszka uganiającego się po podwórzu za kurczakiem, na kuzynów wskakujących raz po raz na ławeczkę, ani na ciekawskie ciotki zebrane wokół niej. Otwiera zeszyt. Pisanie w nim cyfr okazuje się być na początek zbyt trudne. Próbujemy zatem czegoś innego, powoli, nie wszystko naraz. Biorę odłamek czarnego łupka i kreślę na nim kilka trójek jedna za drugą, podaję Malaice, by zrobiła to samo. Malaika uważa, że łatwiej jest napisać ‘3’ obrócone o 90 stopni. Ciotka karci ją klepnięciem w głowę. No tak, nie będzie łatwo, ale mam nadzieję, że sobie poradzi.

 

Malajka u krawcowej

Wyjaśniłam rodzinie Malaiki, że mój przyjaciel z Ameryki będzie ją wspierał finansowo do czasu ukończenia szkoły. Trudno mi jednak przestać myśleć o innych dzieciach, które powinny chodzić do szkoły, a nie chodzą. U sąsiadów widziałam dwie dziewczynki, trochę młodsze od Malaiki. Jedna biega całymi dniami niemal bez ubrania, jak jakaś dzikuska, a druga – nieco starsza- opiekuje się swoim maleńkim braciszkiem nosząc go w chuście na plecach. Mieszkają jakieś pięć minut drogi od bezpłatnej, rządowej szkoły, a mimo to nie uczęszczają do niej. Dlaczego? Powód jest prosty – szkoła, owszem, jest bezpłatna, ale rodziców nie stać na kupienie mundurka, książek i przyborów szkolnych. Kupiłam zatem materiał, zapłaciłam krawcowej za uszycie kolejnych mundurków, zdobyłam zeszyty, długopisy, ołówki i kredki, zapakowałam to wszystko do używanych tornistrów sprowadzanych z Europy, jakie udało mi się tanio kupić na ulicznym stoisku.

Wydałam w sumie... jakieś dziesięć dolarów na wyposażenie do szkoły jednego dziecka. Teraz jestem już w Akrze, podjęłam właśnie kolejny przekaz pieniężny od Jasona. 

Ostatnie zakupyJason był tu wcześniej jako wolontariusz w bibliotece i teraz chce, bym kupiła coś jego znajomym oraz dzieciom, z którymi tu spędzał czas. Jak to ujął – przysłał mniej pieniędzy, niż zarabia w jeden dzień, a jednocześnie więcej, niż niejeden Afrykańczyk zarabia rocznie...


Dziś przechodząc obok stoiska z importowanymi używanymi torbami, wygrzebałam z pokaźnej sterty kilka ładnych, kolorowych tornistrów. Dokładnie mam ich siedem, po około 1 euro za sztukę. Dokupię do nich wyprawki szkolne. Jestem więcej niż pewna, że gdy za kilka dni odwiedzę Malaikę przed wyjazdem z Ghany, bez trudu znajdę dzieci, które będą przeszczęśliwe z takiego prezentu.