Z pamiętnika Kingi

Maroko , sobota 31 grudnia 2005


Słyszałyśmy wczoraj od ostatniego kierowcy, że słynny targ wielbłądów w Guelmim odbywa się właśnie dzisiaj - raz w tygodniu, w soboty. Skoro i tak mamy przejechać dziś tamtędy, decydujemy się na niego zdążyć i aby to zrobić sprawnie i bez rozdzielania się, wstajemy jeszcze przed świtem i decydujemy się na grand-taxi. Pierwszą z powrotem prawie pod Agadir. Tam na dworcu taksówek czekamy aż znajdzie się jeszcze dwóch pasażerów, aby był sześcioosobowy komplet i śmigamy jakieś trzy godziny do Guelmim. Tam ostatnia taksówka podwozi nas pod sam targ, gdzie zaparkowanych jest kilka zagranicznych aut campingowych i pan taksówkarz mówi
- Voila, tourists.
Ale my nie turystów przyjechałyśmy oglądać, a wielbłądy. Rzeczywiście - jest spory targ, ale póki co tylko z ciuchami, gadżetami, a dalej owocami i warzywami. Dopiero przedostawszy się przez tę część trafiamy na placyk, na którym stoją lub leżą w grupkach stada kózek, owieczek wśród tłumku miejscowych ludzi, a w rogu pod murem zgromadzone jest mizerne stadko wielbłądów i kilkoro turystów. Nie tak wyobrażałam sobie wielki słynny wielbłądzi targ. Kiedy jeden mężczyzna pyta półżartem czy chcę kupić wielbłąda, odpowiadam mu całkiem serio, że owszem, ale nie tutaj, być może w Mali. Asia ciągnie mnie za rękę, aby iść już stąd, bo nie może znieść widoku tylu zwierząt (tych kózek i owieczek), które za kilkanaście dni wszystkie zostaną zarżnięte podczas wielkiego muzułmańskiego święta ofiarowania owieczek. Wychodzimy więc na pobliską drogę, która jest już drogą prosto na południe w stronę Tan-Tan i Tan-Tan-Plage, dokąd chcemy dziś dojechać i spędzić Sylwestra - w miejscu gdzie Sahara spotyka się z oceanem. Guelmim - gdzie teraz jesteśmy - to miasteczko - wrota do pustyni. Do naszego dzisiejszego celu prowadzi jedna niezbyt uczęszczana, ale prosta droga. Znów we czwórkę będzie ciężko, więc rozdzielamy się - dziś Kati z Izą, a ja z Asią. One wędrują za rękę do przodu i natychmiast coś ich zabiera. Prawie w tym samy momencie zatrzymuje się koło nas niebieskie rozklekotane dość załadowane auto z mężczyzną nie mówiącym po francusku, ale kiedy pytamy "Tan-Tan?", pokazuje aby wsiadać.
Asia siada z przodu, ja posuwam trochę gratów z tyłu. Wrzucam plecaki i siadam za Asią. Auto nie może zapalić. Okazuje się, że nie ma paliwa, więc chyba tak naprawdę dlatego się zatrzymało, a że akurat koło nas... Na szczęście tuż przed stacyjką benzynową, do której dotaczamy się z górki na luzie. Pan tankuje, robi jakieś zakupy i powoli ruszamy, my z Asią zastanawiając się czy tak rozklekotane auto dokądkolwiek dojedzie, w końcu to kawałek przez pustynię. Po może parunastu kilometrach, gdzie po obu stronach jak okiem sięgnąć tylko pustynia, pan skręca nagle z drogi i zatrzymuje się pod samotnym kolczastym krzewem. Wysiada, otwiera nam drzwi (bo moje otwierają się tylko z zewnątrz), wyjmuje kocyk i rozpościera go w cieniu krzaka:
- Będzie nas gwałcił czy co? - zastanawia się Asia.
Ale nie. Pan wyjmuje czajniczek, butlę z gazem, wodę, cukier. Zaprasza nas na herbatę. Jest prostym pogodnym, uczciwie wyglądającym mężczyzną. Przysiadamy na kocyku. Ja częstuję go jabłkiem, on nas chlebem z olejem oliwnym i kiedy zagotowuje się woda - słodką herbatą. Szkoda że nie mamy w jakim języku porozmawiać, ale jakoś się dogadujemy. Kiedy herbata wypita, kierowca wypalił kolejnego papierosa, widzimy, że nie spieszy mu się do drogi. Pytamy delikatnie czy pojedziemy do Tan-Tan.
- Inshallah - jeśli taka jest wola Allacha.
Oczywiście. Z tym nie można się spieszyć. Pokazujemy pytająco na zegarek. Jest za parę trzecia. Kierowca mówi, że o trzeciej. No to oddychamy z ulgą, ale po chwili mówi, że może o czwartej czy piątej. Inshallah.
Zaczynamy się lekko niepokoić, więc wstajemy nie wiedząc jak zrobić to, aby nie urazić kierowcy i jego gościnności, sugerujemy delikatnie, że jeśli chce zostać, to nie ma sprawy, weźmiemy plecaki z auta i pójdziemy na drogę. Mężczyzna lekko zirytowany mówi w swoim języku:
- Dobrze, dobrze, nie ma sprawy, już jedziemy.
Pakuje resztki pikniku, kocyk i wsiadamy do auta. Nie spieszy mu się jednak aby zapalić silnik. Pyta mnie coś po swojemu i choć nie znam tutejszego berberskiego, wiem dokładnie o co pyta.
- Nie - mówię spokojnie, ale stanowczo, patrząc mu w oczy.
- A ona? - pokazuje na Asię.
- Też nie.
Mężczyzna nie zadowala się jednak taką odpowiedzią. Następuje małe targowanie. Może jednak? Na pewno? W końcu wyciąga z kieszeni 100 dirhamów. Za mało? 200.
- Asia. Wysiadamy!
Nie jest to łatwe. Asia zmaga się ze swoimi drzwiami, udaje jej się otworzyć. Otwiera od zewnątrz moje, wydobywamy plecaki. Mężczyzna też wysiada. Podchodzi. Mówi, że spokojnie, nic się nie stało, tylko pytał. Trudno, jak nie to nie. Już jedziemy. Zawiezie nas prosto do Tan-Tan. Mówi to na spokojnie i przekonywująco. A my popełniamy w tym momencie największy błąd. Wsiadamy z powrotem do auta. Wsiadamy i mężczyzna zaklucza kluczykiem Asi drzwi od zewnątrz. Moje i tak się nie otwierają. Wsiada i zadowolony z większą pewnością siebie, ponawia pertraktacje. Asia zaczyna panikować. Kiedy wykonuje gwałtowne ruchy szarpiąc zamknięte drzwi, próbując otworzyć nie otwierające się okno, mężczyzna też staje się gwałtowniejszy. Asia udaje, że jej niedobrze, zaraz zwymiotuje, musi otworzyć drzwi. Mężczyzna podaje jej plastikową siatkę.
- Masz, tu sobie wymiotuj.
A mi rzuca 300 dirhamów - to wszystko co ma. Ja wiem, że nie możemy poddać się panice. Kiedy jestem spokojna i opanowanym głosem, ale zdecydowanie odmawiam trzymając kierowcę wzrokiem na dystans, widzę, że to działa. Nie wiem dokładnie co mówi po swojemu, ale nie jest zadowolony. Odpala w końcu silnik i ruszamy, ale nie w stronę drogi, a przed siebie - po pustyni. Tam już nikt nas nie zobaczy ani nie usłyszy. Nie odjeżdżamy bardzo daleko.
- Tan-Tan - powtarzamy pokazując na drogę.
I znowu rozumiejąc bardziej intencję niż słowa, rozumiem dokładnie, że mężczyzna pyta czy zrobimy to w Tan-Tan. Nie, nie zrobimy wcale. Ani za 200 ani za 300 dirhamów. Ani za stado wielbłądów. W końcu zdenerwowany rezygnuje i rusza w stronę drogi. Nie jest złym człowiekiem. Nie chciał nas zabić. Ani zgwałcić. Chciał seksu. Nie chciałyśmy po przyjacielsku po pikniku. Oferował zapłacić. Po co w takim razie stoimy przy drodze bez dżelaby, bez mężów, zatrzymując auta z obcymi mężczyznami... Z powrotem na drodze wysiada, odklucza Asi drzwi, otwiera moje. Pokazuje, że mamy wysiadać. Nam nie trzeba dwa razy powtarzać, niczego więcej nie pragniemy. Wysiadamy w mig i mężczyzna odjeżdża - nie w stronę Tan-Tan, a z powrotem, skąd przyjechał. A nam natychmiast zatrzymuje się auto z parą włoskich turystów. Wsiadamy z ulgą długo nie mogąc ochłonąć. Jadą tam gdzie my. W centrum Tan-Tan czekają już na nas Kati z Izabelą i w dwóch językach jednocześnie opowiadamy im co zaszło. Zakluczone w samochodzie z napalonym mężczyzną jadącym przed siebie w pustynię. Herbatka w kawiarence na placyku tego malutkiego spokojnego miasteczka przy plaży pomaga troszkę się uspokoić. Zakwaterowujemy się w pobliskim, niespodziewanie czyściutkim i przyjemnym hoteliku „Raja”. Bierzemy gorący prysznic, robimy pranie i idziemy na plażę zobaczyć jak uda się spędzić ten ostatni wieczór roku. Zadziwiające, jak na sylwestrowy wieczór plaża jest prawie pusta. Z dwóch jej końców stoją zaparkowane, zgrupowane auta campingowe, ale i tam niewiele się dzieje. Asia marzyła wcześniej o tańczeniu wokół ogniska na plaży i wygląda na to, że to akurat marzenie może się dziś spełnić, pomimo tego, że po dzisiejszych przejściach, teraz, w tym momencie Asia nie ma ochoty na nic. W każdym razie przyłącza się do nas dwóch chłopaków. Mohamed i Brakim. Mówią, że zrobią ognisko, zorganizują bębny, muzykę, coś do picia... Nie widząc lepszych opcji podążamy z nimi do znajomego, który sprzedaje alkohol, bo w sklepie tu się nie znajdzie. Chłopcy kupują domowego wyrobu „wodę życia”, czyli jakiś mocny figowy alkohol w plastikowym woreczku. Potem w sklepiku jabłka, banany, sok pomarańczowy, batoniki, jogurty, lizaki. To będzie impreza. Wstępujemy na chwilę do domu, gdzie przysiadamy w pokoiku, gdzie krąży pachnąca ładnie jabłkowo fajka wodna, z której wszyscy po troszeczku pociągamy. Chłopcy zabierają bębenki i idziemy na plażę. Sylwestrowa noc upływa przy całkiem miłej imprezce z bębnieniem, śpiewami w języku Saharawi i berberskim przeplatane muzyką z telefonu komórkowego Mahomeda. Troszkę tańców przy niewielkim ognisku. Wpada na chwilę głośne podpite towarzystwo z miejscową prostytutką, która też podpita i rozbawiona, prezentuje ciekawy rodzaj tańca - na kolanach, machając dookoła rozpuszczonymi włosami bez chusty. W ten sposób na plaży Tan-Tan, na skraju pustyni i oceanu wkraczamy w 2006 rok.