Moree

Tak, to jest Afryka, którą sobie wyobrażałam. I stopniowanie wcale nie pomogło pozbyć sie pierwszego szoku. Duża wioska, a raczej miasteczko, ciasne, budynek na budynku, dzieciaki wałęsające sie w swoich lumpeksowaskich, za duzych, brudbych ciuszkach, w towarzystwie sióstr, braci, wszedobylskich kóz, i reszty zabidzonego inwentarza. Nierówne drogi z czerwono gliniastej ziemi, poprzecinane kanałami, śmieci walajace się wszędzie, gdzie tylko rzucić okiem, straganiki z kilku niedbale zbitych desek oferujace lokalne jedzenie. I ten koloryt. Słońce, którego żar przyćmiewa pomalowane mury domów, wędzarni ulepionych z gliny. Drgajace powietrze rozmazuje te wielką przestrzeń zabudowań, stopiona za horyzont oceanem.


 

 

Czy mogłabym tu żyć? Ludzie wydają się być wspaniali, ale to może złudzenie, bo każdy wita białego człowieka. Cudowne i kochane dzieciaki nie przestają chodzić za nami powtarzając OBRUNI how are you? To prawda, że im więcej masz, tym więcej masz problemów, ale to właściwie po co tu jesteśmy? Czuję się wspaniale wśród ludzi, głośnej muzyki. Byliśmy w okolicy domu Malaiki- akurat grupa dzieci odbywała próbę tańca afrykańskiego. Cała sąsiedzka komitywa skupiła się na małym podwórku, dwóch mężczyzn i chłopak grali na swoich drumach żywiołowy rytm a czwórka dzieci dało taki popis...Trudno opisać, ale włożyły w to wielki wysiłek, pracy, ćwiczeń i umiejętności! W takich momentach, kiedy atmosfera porywa...jest wspaniale. Ale. Chodzę, przypatruję się ludziom i myślę, czy to jest to?

Anka Drzazga

 

 

 

Slowo o Moree

18.01.2009. Dotarliśmy do Moree. Pięknie jest widzieć jak człowiek potrafi żyć w tak trudnych warunkach, o tak marnym pożywieniu, w tak skąpym ubraniu, w takim upale, w takim miejscu. To pięknie widzieć uśmiech na twarzach dzieci, które ciągle powtarzają „how are you” i nie wiadomo co im odpowiadać. To pięknie oglądać taką prostotę życia, skupienie się na rzeczy najważniejszej– przetrwaniu, to piękne, że tutaj jesteśmy!

To smutne zaś, że tak jest, że tak musi być, że ciężko jest zmienić ich świat na lepszy. To smutne, gdy widzi się olbrzymią bezradność. To jednak piękne, gdy ogląda się szczerą nadzieję i wiarę w przyszłość. Moree jest jak dla mnie piękne i wyjątkowe.

 

Do Moree jedzie się prostą drogą (w nocy dobrze oświetloną), drogą przy której leży działka ofiarowana fundacji przez lokalny urząd. W Moree to co było ulicą zmienia się. Tutaj ulica, droga to raczej klepisko z gliny, kamieni – tej czerwonej ziemi, ziemi afryki (więc jak najbardziej to czerwony ląd, albo różowy). Więc owo klepisko spełnia tutaj także inną funkcję. Poza byciem drogą jest też podwórkiem, placem zabaw, ogródkiem o oborą, jest też kurnikiem i pastwiskiem. To klepisko poprzecinane jest w wielu miejscach stróżkami szamba. Kanaliki stworzone przez naturę (tak to wygląda jakby po prostu deszcz wskazywał drogę innej materii w płynnej postaci). Ścieki więc płyną; stróżka szamba albo wpada do większej, gęstej rzeczki albo strumyka, lub po prostu wysycha, zanika. Wbrew wszelkiej wyobraźni miejsce to nie śmierdzi. W Moree pachnie i to pachnie ładnie. Czasami zapach przywołuje mi na myśl Kraków z jego magiczną atmosferą ciasnych uliczek, gdzie unosi się woń restauracyjek, pieczonego chleba, obwarzanków, woń pubów i czegokolwiek – po prostu przyjemny zapach. Tak też jest w Moree (wyjątkiem są jednak zalatujące czasem, niesione wiatrem zapachy ryb, rozkładających się ich szczątków lub pozostałości po owocach). To na prawdę owocowy świat. Kokosy, banany, pomarańcze, papaje, ananasy – nie sposób sobie wszystkich nazw przypomnieć.

 

Moree nocą. Moree w nocy jest inne, tajemnicze jak żadne spotkane przeze mnie miasteczko, czy wieś. Niesamowite miejsce. Małe ogniki tu i tam, kozy i owce włóczące się i nawołujące za czymś, dzieci spacerujące, bawiące się w ciemności, ludzie ciągle coś próbujący sprzedać, rozmawiający w mroku jak i przy lampkach naftowych. Życie w ciemności trwa tutaj w najlepsze i do tego to ciepło, ciepło mimo nocy.

Nieustający lecz cichy gwar miasteczka,otaczające człowieka zewsząd odgłosy kóz, dzieci i dorosłych oraz płomyki, płomyki w których blasku odbija się czasem tajemnicza twarz zwracająca ku Tobie swoje białe, lśniące oczy; twarz kobiety sprzedającej mimo mroku pomarańcze – to wszystko w jednym, jedynym takim miejscu, w Moree.

 

Kris Jurusik


http://www.doafryki.pl/