Akwaaba!

W Akrze wylądowaliśmy około 22.00. Podążam do drzwi z pytaniem bez odpowiedzi – co będzie na zewnątrz, czy ta fala gorąca nie wywróci mnie aby z nóg? - A tu nic. Ciepło, bardzo ciepło, gorąco w sumie – ale jakoś tak przyjemnie. Podążamy teraz miłym korytarzem lotniska Kotoka, po obu stronach malowidła i reklamy. Trochę mi się przypomniały Balice, a to przez kratkę w suficie. Teraz idziemy jednak dalej i nagle przed oczyma ukazuje się wielki napis AKWAABA! Co się czyta Witamy w Ghanie! Co za kolorowy i wesoły kraj, zupełnie odmienny od mijanej po drodze Libii. Tam na lotnisku mnóstwo strażników, policjantów, żołnierzy, tajniaków – kimkolwiek są chyba zbytnio rzucają się w oczy. Skąd? Dokąd? Za kim? Dlaczego? Po co? – stara dobra biurokracja, no cóż, ale w tym wszystkim schowana duża doza szacunku oraz uprzejmości. Świat się zmienia. 

Gdyby dziś żył Aleksander Wielki i jego rówieśnicy, nie mógłby słyszeć o barbarzyńcach, ludach wschodu, które są inne, dzikie czy zacofane. Nie byłoby mowy bo dziś nie mogą być dzikie, są ucywilizowane – nie przez Europę – lecz przez „mrówki” takich drobnych emigrantów – imigrantów, co to przyjadą, pokażą, zobaczą, powiedzą. Tubylcy zaś przyjmą to jako fajne, albo jako niefajne.

Accra okazała się inna. To już Ghana inny świat, dookoła uśmiech – to mi się jakoś rzuciło tu w oczy. Nawet urzędnik/strażnik zapytał: Po co wypełnił pan aż 3 formularze? (zrobiło mi się głupio...bo wypełniliśmy wszyscy trzy razy taki sam formularz – wymagany przy wjeździe i wyjeździe z Ghany osób z innych krajów. Sam nie wiem dlaczego tak postąpiliśmy, ale chyba dlatego, że pani Krysi zdawało się, że właśnie trzy kopie są wymagane). Więc moja odpowiedź zabrzmiała: - Nie wiem. Jakoś tak – powaga z twarzy urzędnika natychmiast zniknęła, mruknął coś do kolegi w swoim języku, po czym zaśmiał się żywo i przyjaźnie. To mi się niezmiernie spodobało – więc pierwsze kroki w Ghanie to dziś miłe wspomnienie!


Lucas (znajomy pani Krystyny i członek Hospitality Club) czekał na nas jak się okazało ponad godzinę, gdyż podaliśmy mu błędną godzinę przylotu samolotu. Bóg wie gdzie zaistniała pomyłka bo w naszych wydrukowanych biletach godzina też była podana z błędem. Więc Lucas pomógł nam z bagażami, a nawet po sekundzie gdy byliśmy przy drodze pomogło nam dwóch zacnych panów. Zacność ich zmieniła się jednak wkrótce w „daj grosza”. Nie widziałem wcześniej takich negocjatorów, na prawdę gdy nie wystarczyło to co dostali od Lucasa (walczyli i walczyli), aż wywalczyli – stare bezużyteczne drobne od pani Krysi (pieniążki sprzed denominacji GHC – lokalnej waluty).


Wehikuł czasu

Taxi - oto co pamiętam. Taxówką pojechaliśmy z Anią (wpakował nas do niej Lucas), gdzie to wiedział tylko nasz kierowca i Lucas. To co mogę i chcę pamiętać to zapach. W taksówce okna były otwarte, chłodne powiewy wiatru chłodziły organizm i było bardzo przyjemnie (a już cały się zdążyłem spocić przechodząc kilkanaście metrów z budynku lotniska na parking).

W powietrzu teraz unosił się zapach spalin, gdzieś z rozgrzanego silnika, z ulicy, gdzieś z nikąd. Ale spaliny te jakby takie swojskie, gdzieś już je czułem, nie są nieprzyjemne – wręcz przeciwnie – lubię ten zapach (w Polsce taki zapach kojarzy mi się z dwusówami, syrenkami które dawniej śmigały po drogach). Tak czy owak w tym momencie było to bardzo przyjemne, jak przeniesienie się gdzieś w czasie.


Nie będę się rozpisywał o tym, że wieczorem zajechaliśmy do miłego baru gdzie uraczono nas ghanijskim piwem – Club – o zbliżonym smaku do Staropramena. No i dobrze, że nie było jak połknąć Doxycycilny w samolocie.  Po piwku ruszyliśmy do spania. Domek jak to w mieście kawalerka – jeden pokój z aneksem kuchennym i łazienką z tym, że całość ma może 16 m2. Nieocenioną pomoc w odrywaniu myśli od gorąca i paroty przyniósł wentylator i działał tak sobie całą noc, noc pełną krzątających się myśli, których natłok nie przyśpieszył zaśnięcia. Z wrażenia nie spałem całą noc, no może chwilkę.

To niesamowite, że ludzie potrafią podzielić się wszystkim co mają. Nie mam wiele, lecz co z tego, podzielę się tym co mam. Nie mam sypialni by Was przenocować – tego tutaj w Afryce chyba nigdy się nie usłyszy. Raczej ktoś powie: - przenocuj ze mną, nie mam sypialni ale mogę udostępnić Ci podłogę i materac, miejsce dla Ciebie zawsze się znajdzie!


17.01

To nasza podróż do Cape Coast. Jechaliśmy długo – sam nie wiem od 12.00 do wieczora, z przerwą na odpoczynek i lunch. To boli, że tutaj się je w sumie raz dziennie, w drodze można whamać kokosa, ananasa czy jakiegoś snacka, ale ja to jestem głodny. W zamian za to je się tutaj zdrowo – przynajmniej tak mi się wydaje, mnóstwo owoców, ryb, warzyw.

Rano pojechaliśmy więc z Lucasem do jego firmy – sklep z wszystkim co się przyda do klimatyzacji, wentylacji, oświetlenia, sprzętem elektronicznym itp. Ogólnie mówiąc to jest to jednak firma zajmująca się klimatyzacją i telewizją satelitarną. Sprzedają, servisują montują.

Tutaj zrzuciliśmy plecaki i czekaliśmy na Salisu (Salisu już długo współpracuje z fundacją, jest poniekąd takim szefem fundacji w Ghanie). Czekaliśmy na Salisu a On był ciągle w drodze. Więc w telefonie zawsze słyszeliśmy – I’m on the way, I’m on my way. W końcu jednak droga się skończyła i Salisu wraz z przyjacielem i kierowcą Ulu dotarli na miejsce. Teraz wpakowaliśmy nasze tobołki do bagażnika , który się nie chciał domknąć i ruszyliśmy w drogę.

Pierwsze spotkania z ludźmi w drodze, wszędobylskie sklepiki z czymkolwiek. Dzieciaki z miskami na głowach, sprzedające owoce, warzywa, wodę w woreczkach. – pure water – krzyczy taki sprzedawca, machasz na to ręką i sprzedawca sięga do miski na głowie i podaje Ci wodę, a ty w zamian płacisz. To wszystko odbywa się błyskawicznie, sprzedawca podejdzie do samochodu, Ty nawet nie wysiadasz jeśli trzeba ruszyć sprzedawca podbiegnie – to jego interes. Raz zdarzyło się nawet, że ktoś nie zdążył podać pieniędzy sprzedawczyni za chrupki – smażone banany plantain – wyrzuć po prostu na drogę, Ona sobie znajdzie, jest ok! – mówił Salisu. Drobne powędrowały na ulicę, na pewno znalazły nowego właściciela.


Hundai Accent, bo taki wozem sunęliśmy przez drogę do Cape Coast to taxi jakim Ulu normalnie jeździ, teraz jednak wyświadczał nam przysługę lub Salisu. Więc jechaliśmy spoglądając na Afrykę oczami turysty – z auta. Przerwa na sok z kokosa (jest całkiem niezły, miąższ już nie dla wybrednych). Dzieciaki z koszami na głowach uciekły przed moim aparatem, pomyślałem wtedy, że ciężko będzie o ładne zdjęcia z dzieciakami. Trochę się skrępowałem. Dalsza droga i próbujemy fufu – tradycyjnej afrykańskiej potrawy składającej się z ciasta (z kasawy bulwiastej rośliny, która podobnie jak yam i cocoyam smakują trochę jak ziemniaki oraz plante takich zielonych,większych bananów), a także z sosu lub zupki. Zupka jest bardzo ostra i często zawiera albo (w tym przypadku) mięso kozy, albo rybkę, albo jeszcze coś innego. Ale do fufu jeszcze wrócimy.

CapeCoast – tutaj spotkaliśmy Malaikę, w jej szkole z internatem, w którym teraz mieszka. Sama szkoła duża i ładna, obok znajduje się dormitorium dla dziewcząt a gdzieś w innym miejscu dla chłopców. Wieczór nastał bardzo szybko i zawitał też do CapeCoast. Trafiliśmy do Sammo Guest House, gdzie po długich negocjacjach wynajęliśmy pokój z łazienką z dwoma double – łóżkami. Dobrze, że wziąłem śpiwór i karimatę, bo jakby nie było wlazło nas tam pięcioro.


Robal i wiatrak

W Sammo Guest House, w pokoju numer 105 za 20 GHC/nocleg siedzieliśmy chwilę i rozmawialiśmy. Nie wiedziałem wtedy, że w tym pokoju spotka się zbawienie z przekleństwem. Oto gdy zbawienie już działało, wisiało nad naszymi głowami jak anioł stróż, w pokoiku pojawiło się przekleństwo. Oto karaluch (pierwszy jakiego w życiu widziałem) spacerował sobie po krawędzi mebla, pojawił się z czasem drugi i zapowiadało się nieszczęście. Jednak spójrzmy na pozytywną stronę. Położyłem się spać, a nad głową coś zatrzepotało skrzydłami wydając znany i charakterystyczny dźwięk. Uznałem, że to zbawienie w tych warunkach. Wentylator wirował do rana - a nawet wówczas go nie wyłączyliśmy.


18.01


Słowo o Moree

Dotarliśmy do Moree. Pięknie jest widzieć jak człowiek potrafi żyć w tak trudnych warunkach, o tak marnym pożywieniu, w tak skąpym ubraniu, w takim upale, w takim miejscu. To pięknie widzieć uśmiech na twarzach dzieci, które ciągle powtarzają „ How are you?” i nie wiadomo co im odpowiadać. To pięknie oglądać taką prostotę życia, skupienie się na rzeczy najważniejszej – przetrwaniu, to piękne, że tutaj jesteśmy!

To smutne zaś, że tak jest, że tak musi być, że ciężko jest zmienić ich świat na lepszy. To smutne, gdy widzi się olbrzymią bezradność. To jednak piękne, gdy ogląda się szczerą nadzieję i wiarę w przyszłość. Moree jest jak dla mnie piękne i wyjątkowe.


Do Moree jedzie się prostą drogą ( w nocy dobrze oświetloną), drogą przy której leży działka ofiarowana fundacji przez lokalny urząd. W Moree to co było ulicą zmienia się. Tutaj ulica, droga to raczej klepisko z gliny, kamieni – tej czerwonej ziemi, ziemi afryki (więc jak najbardziej to czerwony ląd, albo różowy). Więc owo klepisko spełnia tutaj także inną funkcję. Poza byciem drogą jest też podwórkiem, placem zabaw, ogródkiem o oborą, jest też kurnikiem i pastwiskiem. To klepisko poprzecinane jest w wielu miejscach stróżkami szamba. Kanaliki stworzone przez naturę (tak to wygląda jakby po prostu deszcz wskazywał drogę innej materii w płynnej postaci). Ścieki więc płyną; stróżka szamba albo wpada do większej, gęstej rzeczki albo strumyka, lub po prostu wysycha, zanika. Wbrew wszelkiej wyobraźni miejsce to nie śmierdzi. W Moree pachnie i to pachnie ładnie. Czasami zapach przywołuje mi na myśl Kraków z jego magiczną atmosferą ciasnych uliczek, gdzie unosi się woń restauracyjek, pieczonego chleba, obwarzanków, woń pubów i czegokolwiek – po prostu przyjemny zapach. Tak też jest w Moree (wyjątkiem są jednak zalatujące czasem, niesione wiatrem zapachy ryb, rozkładających się ich szczątków lub pozostałości po owocach). To na prawdę owocowy świat. Kokosy, banany, pomarańcze, papaje, ananasy – nie sposób sobie wszystkich nazw przypomnieć.


Moree nocą. Moree w nocy jest inne, tajemnicze jak żadne spotkane przeze mnie miasteczko, czy wieś. Niesamowite miejsce. Małe ogniki tu i tam, kozy i owce włóczące się i nawołujące za czymś, dzieci spacerujące, bawiące się w ciemności, ludzie ciągle coś próbujący sprzedać, rozmawiający w mroku jak i przy lampkach naftowych. Życie w ciemności trwa tutaj w najlepsze i do tego to ciepło, ciepło mimo nocy.

Nieustający lecz cichy gwar miasteczka,otaczające człowieka zewsząd odgłosy kóz, dzieci i dorosłych oraz płomyki, płomyki w których blasku odbija się czasem tajemnicza twarz zwracająca ku Tobie swoje białe, lśniące oczy; twarz kobiety sprzedającej mimo mroku pomarańcze – to wszystko w jednym, jedynym takim miejscu, w Moree.



20.01


Nowy Przyjaciel

Dziś poznałem nową osobę, a raczej dwie osoby. Najpierw ruszyłem po wodę, bo pić trzeba – by się nie odwodnić (a też gdy woda wypełnia żołądek nie czuje się początkowo głodu). Tak więc zapytałem o wodę w naszych woreczkach (0,5l). Woda nie jest droga, takie pół litra kosztuje 5 pessewas (mówi się pesłes). Ja jednak zaprowadzony przez dobrego człowieka, który wyglądał na bardzo zadowolonego, że mógł mi pomóc (chyba dlatego, że to dumne jest, że inni widzą go z białym człowiekiem) dotarłem do sklepiku, gdzie wodę owszem dostałem, ale nie w woreczkach lecz w butelce 1,5 litrowej. Zapłaciłem więc 1 GHC (mówi się Cedi lub cidi) , czyli dwadzieścia razy drożej. Różnica w cenach duża, bo woda w butelce jest mineralna, taka jak u nas w butelce, ale woda w woreczku jest wodą filtrowaną, ma inny smak ale ciągle jest zdrowa i atestowana. Cóż więc w sumie to ucieszyłem się bo i butelka nam się przyda. Ów dobry człowiek przedstawił się jako Emmanuel (zaprowadził mnie do źródlanej wody, bo zapewne uznał, że ja europejczyk innej się nie napije. Tak oczywiście by nie było, ale cieszę się, że mi pomógł znaleźć jakikolwiek sklep) i wskazał mi drogę powrotną do domu, bo łatwo tutaj można się pogubić (zabudowa jest gęsta i niewyróżniająca się). Emmanuel zapytał mnie jeszcze przed naszym rozstaniem, czy może mnie naywać prawdziwym przyjacielem. Zgodziłem się, bo pomyślałem, że taki to zwyczaj, a i fajnie zyskać nowego przyjaciela!


Inwentaryzacja

Jestem w bibliotece. Spisujemy książki, które przywieźliśmy. Amina (nasza bibliotekarka) przybija pieczątkę a Ania teraz (wcześniej ja) zapisuje tytuł i autora na kartki. Przynieśliśmy globus, który wczoraj kupiła pani Krysia w CapeCoast. Obecnie w bibliotece jest mnóstwo dzieci. Siedzą na ziemi, na pomarańczowym dywanie i czytają, oglądają, gają w gry. Są chłopcy i dziewczęta, większość w zielonych mundurkach – zapewne przyszli z jednej ze szkół (jeszcze nie potrafię rozpoznać z której, bo każda ze szkół ma tutaj inny kolor mundurków). Zapewne mają teraz przerwę albo też zajęcia się skończyły. Na placu przed biblioteką, lub też jej tarasie dzici rozłożyły plastikowe stoliki i krzesełka. Słyszę jak pani Krysia prowadzi z nimi jakieś zajęcia. Dzieci na prawdę korzystają z biblioteki, cieszą się i chcą się uczyć – to widać po nich i to mnie cieszy.


Właśnie coś zaczęło dudnić w okolicy, ktoś gra na bębnie, może kilku bębnach. Afrykańska muzyka w takim oryginalnym wydaniu i w stu procentach świetna. Z biblioteki ruszamy więc zobaczyć gdzie tak grają. Okazało się, że koncert odbywa się na dziedzińcu przy domu rodziny Malaiki, a jednym z grajków – bębniarzy jest jej wujek John. Zgromadziło się tu mnóstwo dzieci jak i dorosłych, którzy przysłuchują się razem z nami muzyce i obserwują tancerzy, którzy wykonują symetryczny układ taneczny. Więc bębnią trzy bębny o basowych dźwiękach, z których wystają grube patyki (służą one do naciągania skóry i strojenia instrumentu), do tego John używa także dzwonka wykonanego z dziwnego kawałka metalu, w który uderza się pałeczką z gałązki. Dzwonek ma dłuższą i krótsza część tak, że wygląda jak kamerton tylko z jedną odnoga skróconą. Do tego wszystkiego na placu (dziedzińcu) 6 dzieciaków tańczy afrykański taniec. Bardzo trudny do zapamiętania układ, potem jeszcze inny i jeszcze inny. Taki zespół zrobiłby karierę w wielkim świcie, tak czy owak ich wielki świat jest tutaj w Moree.

Moree ma bezpośredni dostęp do oceanu jak i plażę. Podobno przypływają tu rybacy z pełnymi – lub pustymi sieciami. Tego jeszcze nie mogę potwierdzić, bo na plaży nie byłem. Wczoraj zacząłem szkicować plan miasteczka, tak by wolontariusze, którzy przyjadą kiedyś w przyszłości mogli z takiej prostej mapki skorzystać. Ma być to prosty schemat uliczek, który pozwoli poruszać się i czuć się swobodnie tutaj osobie z zewnątrz. Więc będzie na planie Church Square (bo ów plac znajduje się u podnuża kościoła), będzie Station wraz z Marketem tworzące jakby centrum miasta. Tam na markecie skupia się największy ruch towarowy, stoją stragany, sklepiki i jest mnóstwo sprzedawców ulicznych, także postój taxi i tro-tro (busów). Nazwy miejsc będę musiał skonsultować z kimś, może z Aminą, by były prawdziwe. Wiem już, że dzielnica w której my stacjonujemy nazywa się Pak.

Jest wieczór, odwiedził nas John, który wczoraj grał na bębnie i tym specjalnym dzwonku. Spytałem więc jak ów instrument się nazywa. Po chwili namysłu (John nie mówi jeszcze płynnie po angielsku, zresztą ja też nie jestem expertem), wypowiedział drum (bęben). Spytałem jeszcze raz o ten specyficzny dzwonek i narysowałem na go na kartce. Wkrótce padło słowo – bat (nie mam pojęcia jak to się pisze więc napisałem jak usłyszałem. Z tym, że nadal nie jestem pewien, czy to nazwa tego dzwonka, czy ja tak namalowałem dzwonek, że wyglądał jak nietoperz).

Więc John przyniósł nam ananasy – trzy piękne owoce – rozkroił jeden i wspólnie zjedliśmy kolację. Narysował w Ani notesie super łódkę kanu, z taką dużą flagą ghany i mniejszą, która wygląda na flagę polską. Skąd by wiedział tak dużo o Polsce? No tak, przecież Malaika była w Polsce i na pewno wiele mu opowiadała. John jest w porządku. Podobno dawniej wypływał w morze – teraz jest taksówkarzem. Za kurs do Moree Junction – 20 pessewa od osoby, co przy pełnym aucie daje 80 pessewas. Z tego odda na paliwo i firmie, która go zatrudnia – ale na ananasy dla gości z Polski wystarczy.


A jeśli już o taxówce mowa – taxi z Cape Coast do Moree lub w drugą stronę kosztuje 4 GHC, już trzy razy cena taka się powtórzyła, więc to chyba normalna stawka na tym kursie.


To dziwne w Ghanie w restauracji można kupić coś do zjedzenia i wszystko jest ok. Wiele jednak razy gdy pytamy o menu – nie ma go, albo jest w nim tylko ryż z kurczakiem (fried rice with chicken lub jollof rice). Nie powiem, bo smaczne to jest, ale jakoś czasem brak mi tu możliwości wyboru.


Guinnes

Ciekawostka! Guinnes, tak ten sam, który jest chlubą i sułtanem Irlandii tutaj w Ghanie jest znany i lubiany. Reklamy Guinesa zajmują wiele miejsca w tym pięknym kraju, ale oprócz samego szlachetnego stouta, świetnie sprzedaje się Malta – Guinesowska produkcja, która powstaje na bazie samego słodu zbożowego. Słodkie to i chłodne, energetyzujące ale dobre. Idzie więc jak świeża bułka, bo w kraju jakaś część ludności to muzułmanie, a oni alkoholu nie piją.


21.01

Inne spojrzenie na świat

Jak popatrzeć na świat z innej strony to wydaje się on być inny. Dlatego każdy człowiek ma w sobie inny obraz tego co widzi, dostrzega, poznaje. Dla mnie Afryka jest miłym miejscem, w którym dominuje upał (to mnie czasem męczy), brak wody (tego brakuje bardzo, szczególnie takiej łatwo dostępnej, z lodówki, z czajnika, z prysznica), brakuje jedzenia (człowiek przyzwyczaił się do zjadania ogromnych ilości pożywienia – tutaj jestem głodny – ale za to wczuwam się w tutejszą atmosferę – patrzę więc na świat oczyma głodnego człowieka). W Afryce straszy, straszy nas myśl o komarach roznoszących malarię, o chorobach, o zarazkach. Same jednak komary atakują tak jak w Europie, ugryzą, uciekną. Ciężko jest je dostrzec. Strach chyba bardziej doskwiera niż sam komar, ale co tam uważać trzeba.


Spóźnienie

Rano o 8.00 mieliśmy się spotkać z jedną z osób z „rady miasta”. Spóźniliśmy się o około półtorej godziny, może nawet dwie. Przychodzimy więc na miejsce, a ów człowiek pyta się, czemu nie było nas ósmej? Amina zaś spokojnie wyjaśnia (dając nam do zrozumienia co znaczy czas w Afryce), że było zimno więc dlatego przyszliśmy dopiero teraz. To niesamowite, bo od rana chodzimy w krótkich spodniach i t-shirtach, a ubranie klei się do ciała, ale tak czy siak spóźnienie jest wytłumaczone. Usprawiedliwienie okazało się wystarczające i spóźnienie zostało nam wybaczone.

Dodam teraz, że przypomniało mi się wytłumaczenie naszego konsula (po tym jak nie udało mi się załatwić wizy, gdyż jego biuro było nieczynne). Oto jego odpowiedź na pytanie, dlaczego biuro było nieczynne i musiałem zmarznąć i stracić mnóstwo czasu i pieniędzy brzmiała zaskakująco podobnie – Nie wie pan, był mróz, zimno. To stwarza pewne problemy... – Jak by nie było, to chyba oznacza, że pan konsul to obieżyświat i zdążył już zapoznać się z kulturą Ghany. Tak więc, było zimno - teraz to przynajmniej rozumiem i zwracam honor.


Wszystko płynie inaczej

Lekarze przestrzegają przed odwodnieniem organizmu. Podobno gdy już sika się w innym kolorze, niż normalnie to może to oznaczać początki odwodnienia. W sumie to można się z tym zgodzić. Tutaj wszystko płynie inaczej: życie, czas, a nawet mocz. Poszedłem więc za potrzebą i okazuje się, że siusiu tak ale ledwo, ledwo. Kurcze pomyślałem ale fajnie, będę miał więcej czasu na inne sprawy! To jednak potwierdziło, że przestroga lekarzy jest prawdziwa. Ja więc zaobserwowałem inną oznakę odwodnienia. Gdy się nie pije dużo organizm wytraca wodę przez pocenie, a to co powinno oczyścić organizm ze zbędnych elementów, nie robi tego. No cóż to taka wskazówka.


22.01


Dzień biblioteczny

Dziś dzień biblioteczny. Naszym zadaniem, czyli mnie i Ani było otworzyć i zaopiekować się biblioteką pod nieobecność pani Krysi i Aminy. Aby wejść do biblioteki należy zdjąć buty i umyć ręce by nie brudzić książek. Dzieci są nie nauczone jeszcze jak obchodzić się z książką. Wcześniej wiele z ich nie miało dostępu do nich i teraz odwracają strony zbyt gwałtownie, zaginając je. Czasem zdarzyło się, że na naszych oczach dzieci rzuciły książką. No nic, potrzeba czasu by zrozumiały i zapamiętały co i jak. Bibliotekarka stara się je uczyć i upominać, ale moim skromnym zdaniem postęp widać. Teraz jeszcze wprowadzimy nieco zmian w funkcjonalność biblioteki i będzie na prawdę lepiej – wierzę w to.


Poznaliśmy dziś zespół Freespirit – Art Group, który trenował w niepełnym jednak składzie w okolicy Goodsway School. Dzieci na prawdę robią wrażenie, grają na bębnach jak i tańczą. Ćwiczenia odbywają się chyba dwa razy w tygodniu. Po drodze na „próbę” grupy artystycznej spotkaliśmy ciekawą rodzinkę. Kobieta z dziećmi zaczepiła mnie pokazując na siebie i dzieciaki i wskazując aparat na mojej szyi. Zapytałem więc po angielsku czy chcą zdjęcie? Skinęła głową przytakująco. Zrobiłem więc kilka fotek, po czym najmłodszy dziaciak podbiegł do mnie i złapał mnie za rękę. Kobieta zaś pokazała coś dziwnym gestem. Jakby chciała włożyć coś sobie do buzi. Druga kobieta przechodząca obok wytłumaczyła mi, że teraz chcą pieniądze na jedzenie, a poza tym dzieciak chce iść ze mną. Dziwne to uczucie słyszeć, że ktoś jest głodny, a dziecko chce zostać z Tobą. W końcu roześmialiśmy się wszyscy, bo ja nie jestem bogaczem i nie mogę każdej spotykanej osobie dawać na jedzenie. Dziecko było słodkie, ale w końcu zawołane przez mamę opuściło mnie ze smutkiem na twarzyczce.


Dziś sami udaliśmy się więc do Cape Coast by zrobić zakupy jak i skorzystać internetu. Internet jak zwykle był kiepski, do tego pod klawiaturką znalazły sobie miejsce mrówki – takie miniaturowe, które co jakiś czas spadały mi na kolano, częstując mnie porcyjkami jadu. W końcu jednak się uspokoiły. Zresztą siedziałem spokojnie, bo sąsiad to dopiero miał mrowisko, a też był spokojny. Powrotna taksówka zażyczyła sobie od nas 6 GHC za jazdę do Moree, to o 2 GHC za dużo. Pomyślałem, że zwietrzył ów taksiarz „biały interes” wiec mówię, że dam 4 bo taka jest cena, pan zaś, że za 5 nas zawiezie. Ok,poddaje się.

Jak na razie codziennie możemy wziąć prysznic, woda jest chłodna i miła, choć do picia raczej niezdatna (dla nas europejczyków, nawet nam tutejsi mieszkańcy o tym mówią), to jednak można się ogolić, odświeżyć, jest ok. Od dziś jesteśmy w posiadaniu grzałki do wody, którą mama Krysti (tak nazywają dzieci panią Krysię), kupiła w Akrze. Cieszymy się więc niezmiernie i idziemy wypocząć, by jutro znów aktywnie spędzić dzień.



24.01


Więc jest przyjemny dzień, który zaczął się wielkim chłodem nad ranem. Zmarzłem nieco. Tak czy owak dziś wraz z Anią trochę cierpimy z powodu bólów brzucha – nie wiemy, czy to po zjedzeniu czegoś np. smażonych ryb lub chlebków jakie kupiliśmy. Człowiek stara się uważać, ale nie zawsze jest możliwość – więc i dziś zjadłem kiełbaskę wołową w takim ostrym proszku zanurzoną i jeszcze w cebulce. Była smaczna, jak z grilla ale przypawa super (może to curry – nie jestem pewien).

Teraz siedzimy wraz z dwoma architektami, którzy gromko rozmawiają na temat projektów, w Beach Resort. Miejsce położone jakieś dwa kilometry od Station w Moree, dookoła piasek i plaża, a przy niej palmy kokosowe. Za plecami słyszę szum morza, czuje świeże ale ciepłe powietrze. Gromada dzieci kąpie się i bawi na plaży, dzieci klaszczą w dłonie i śpiewają coś w swoim języku – fanti.

Jutro niedziela, chcemy się wybrać na afrykańską mszę do jednego z kościołów. Nie jest to kościół katolicki (chociaż taki tutaj też się znajduje), ale kościół, w którym działają prophets – ktoś w rodzaju proroków jak uważają ludzie. Osoby ze specjalnymi darami od Boga. Kościół ów łączy w sobie założenia chrześcijańskie i za chrześcijański uchodzi, ale też ma w sobie trochę z dawnej tradycji i kultury oraz wierzeń afrykańskich. Ciekawie będzie zobaczyć taką mszę, gdzie ludzie tańczą i śpiewają, nawet mdleją podobno czy wpadają w rodzaj transu.


25.01


Jest 9.45, my po śniadaniu ale ciągle w domu – z kościoła być może nici tym razem. Trwają rozmowy o tym jak zorganizować imprezę w miasteczku w rodzaju plebiscytu, w której wezmą udział wszyscy co chcą uczyć się grać i chcą tańczyć oraz mają lub nie mają talentu. Z tych dzieciaków jurorzy wybiorą te najbardziej zapowiadając się, które stworzą grupę dzieci sponsorowanych – grupę artystyczną.

 

 

Nareszcie dzień spędzony – jakby to powiedzieć na wypoczynku – plaża, słońce, piasek, piwko  No wiem antybiotyk się bierze, ale za to jedno piwko na jakiś czas - nie da rady – trzeba wypić. Było fajnie, na plaży graliśmy poniekąd, na gitarze i bębnie. Niestety z gitarą wyszło tak, że struna się wkrótce urwała ale została djemba. Struna pękła trochę z mojej winy bo stroiłem gitarkę, tak, że w końcu obiecałem wysłać struny jak będę w kraju by John jej właściciel mógł dalej ćwiczyć. Po pikniku na plaży przyszli nas odwiedzić poznani dziś mali akrobaci, co to skakali na plaży przed moim aparatem i robili salta i koziołki. Przynieśli więc wielką muszelkę, tak na pamiątkę, byśmy mieli co ze sobą zabrać – muszla jednak powędrowała do biblioteki i posłuży tam za wzór dla dzieciaków, które być może zaczną tworzyć jakieś różnego rodzaju pamiątki. W zamian z muszlę, chłopaki ( jeden mówi po angielsku) poprosili jedynie o woreczek wody i po otrzymaniu go odeszli. Zaprosiłem ich do biblioteki jeśli jeszcze tam nie uczęszczają, okazało się jednak, że są tam bywalcami.



Ruiny i dzielnica naciągaczy

Moree posiada coś wyjątkowego, coś co widać z daleka, stoi na wzgórzu nad zatoką – są to ruiny zamku. Więc ruszyliśmy z Anią by zobaczyć go z bliska. Tam było inaczej. Dzieciaki wołały z początku tak samo – Obruni, how are you? , inne - buni how are you?, ale potem to wołanie stało się inne, dzieci miały inny wyraz twarzyczek, jakby „nieszczery”. ?

Podchodziliśmy pod górę zamkową, tam zaczęli wołać do nas dorośli, ale nie chodziło im o to jak się mamy, lecz o dobry interes. Więc dołączył do nas jeden pan, wyglądający na bardziej zeuropenizowanego niż pozostali (w ciemnym stroju, przyciemnionych okularach). Idzie obok i zadaje pytania: dokąd idziecie? po co? skąd jesteście? gdzie mieszkacie? od kiedy? do kiedy? Potem zostawił nas na chwile (chciał byśmy poczekali), lecz w tym momencie uznaliśmy, że to dobra chwila by ruszyć dalej i najszybciej trafić do zamku. Trafiliśmy wkrótce na plac przed ścianą ruiny i spotkaliśmy tutaj – STOP! – ktoś zawołał do nas, po czym zjawiło się wielu wieśniaków (był z nimi ów kolega, który towarzyszył nam chwilowo w podróży). Nikt nie mówił zbyt dobrze po angielsku, więc przyszła nieco puszysta mediatorka. Zapytaliśmy o co chodzi (spodziewając się, że chodzi o jakąś urojoną opłatę za zwiedzanie zamku), odpowiedź brzmiała – jeśli chcecie wejść do zamku zapłaćcie 5GHC (cena za nas dwoje) – mój młodszy brat Was oprowadzi, On jest przewodnikiem – dodała translatorka.

Może dalibyśmy się na to nabrać, gdyby w okolicy zamku widniał jakikolwiek znak informujący o tym przynajmniej, że tu w Moree jest jakaś ruina, że można ją zwiedzać i to jeszcze z przewodnikiem, jednak ani nigdzie indziej ani tutaj przed ścianą ruiny, żadnej tablicy nie było – co jasno dało nam do zrozumienia, że ów mieszkańcy kilkudziesięciu metrów kwadratowych wokół ruiny chcą nas normalnie oszukać. Do tego ów brat kobieciny, która bardzo starała się przedstawić wszystko w poważny sposób wyglądał mi na człowieka, który wie tyle o tym zamku co i my – no może wie więcej o tym w jaki sposób ludzie zamek ten rozbierają na części – odzierając z historycznego płaszcza. Nie mając wyjścia, wycofaliśmy się tłumacząc, że może w przyszłym tygodniu się pojawimy.


Idziemy więc dalej, wśród zaczepiających nas ludzi (tutaj chyba zjawia się czasem jakiś turysta, bo ludzie są natarczywi, złośliwi prawie), którzy wołają – podejdźcie! gdzie idziecie?, szukacie zamku?, chcecie zwiedzać?, zgubiliście się? zaprowadzę Was!. Oprócz samego wołania gestami zapraszają do swoich domów lub by usiąść i porozmawiać. Dotarliśmy w końcu do miejsca gdzie na ławce, a w sumie to armacie (zapewne pochodzącej z ruiny) siedziało sobie kilku starców, dzieciaki zaś krzyczały by dać im pieniądze, za to że pstryknąłem im zdjęcie, które chciały bym im zrobił (ustawiły się przede mną i pokazywały na kamerę, lub udawały jakby same miały aparat, dobrze wiedziały co chcą osiągnąć). Udało się odpędzić od wszystkich nawołujących za nami twarzy. Przed nami otworzył się widok na malutką zatoczkę, w sumie wcięcie w skałach, gdzie ustawiono wiele łodzi kanu. Miejsce bardzo piękne lecz by zrobić fotkę trzeba by się zakradać. Na pewno warto byłoby tutaj wrócić, ale po powitaniu jakie zgotowała nam tutejsza ekipa ”nawoływaczy” nie wiem, czy zechcemy. Jeśli chodzi o sam zamek, na pewno zdobędziemy się na drugie podejście, lecz tym razem w obecności kogoś zaufanego, kto nas nie oskubie a i ochroni przed naciągaczami.


Reguła prawej ręki

Dla zainteresowanych zasadami zachowania się, kilka słów o tym co przekazał nam Salisu. Więc istnieje taka niepisana reguła prawej ręki. Wszystko co dobre, o czym mówisz z szacunkiem, lubisz, chcesz wyrazić zgodę, chcesz wyrazić aprobatę, akceptujesz – wskazuj prawą ręką. Jeśli jesz – jedz prawą ręką. Pokazując na swój dom – pokazuj prawą ręką. Witając się – używaj prawej ręki. Używając prawej ręki oznajmiasz rozmówcy, że szanujesz go. Jeśli więc chcesz komuś dać do zrozumienia, że masz go gdzieś – użyj ręki lewej. Według naszego nauczyciela, lewa ręka służy jedynie w łazience do mycia się. Jeśli Ktoś jest leworęczny to ma problem, bo nie zwalnia go to z tych obowiązków. oże za to pisać lewą ręką i to nie będzie źle odczytywane.


Z innych rzeczy dowiedziałem się na przykład to, że ja jako mężczyzna nie powinienem nosić wody na głowie. Takie rzeczy noszą kobiety oraz dzieci. Mężczyzna musi zarobić na chleb na morzu ale gdzieś, ma też inne rzeczy na głowie.


26.01


Library is open”

Siedzimy z Anią w bibliotece i kontynuujemy prace związane z tworzeniem listy wszystkich książek. Dzielimy je na półki oraz kategorie. Wygląda na to, że z poprzednich wysyłek jakie tu dotarły część książek się „utleniła”, wiele zaś z obecnie używanych w bibliotece nie wygląda najlepiej. Dzieci muszą się nauczyć jak obchodzić się z książkami, grami jak i długopisem, ołówkiem czy kredą. My mamy czekać do jutra na zamówione półki. Mają to być trzy wąskie półeczki, na których utworzymy niejako wystawę z ładnymi i drogimi książkami. Aby korzystać z tych książek dzieci będą musiały uzyskać wpierw zgodę bibliotekarki. Biblioteka działa więc i nie brakuje w niej czytelników, niestety niektórzy z nich nie potrafią czytać więc przychodzą, robią hałas i przeglądają obrazki, często przeszkadzając tym, którzy chcą się uczyć – powstał więc pomysł aby utworzyć klub biblioteki, w którym członkami będą wszyscy z niej korzystający, z tym, że przewidziane zostaną dwa etapy członkostwa w zależności od umiejętności, wieku jak i zachowania. Aby dołączyć do klubu dziecko będzie musiało pozytywnie przejść test obchodzenia się z książką lub grą. Takie pomysły to nasza specjalność, a od pomysłów zaczyna się dalsza praca, więc tworzymy zasady biblioteki, które spróbujemy stopniowo wprowadzić w życie.


Trzeba Wam wiedzieć, że wzbudzamy niemałą sensację w miasteczku, ale też może niedługo ludzie przywykną do naszej obecności i będzie po prostu naturalniej. Nasza mama Krysti wraz z Naną pojechali dziś do Cape Coast by załatwić sprawy związane z aneksem do umowy dotyczącej przekazania działki. Wszystko wydaje się powoli posuwać do przodu, więc musimy wykonać bilboard – tablicę informującą o rozpoczęciu budowy centrum kulturalno edukacyjnego na ów kawałku ziemi.


Życie więc upływa sobie, za nami pierwszy tydzień pobytu w Moree. Dziś jest ciepły, duszny wieczór, ciało więc lepi się do ubrania – postanowiłem więc ochłonąć trochę i wziąć kąpiel. Wody niestety dla mnie zabrakło w rurach, ale korzystając z tej samej metody „tworzenia prysznicu z kubka wody” wziąłem wspaniałą kąpiel. Dobrze, że ktoś nałapał wodę do stojących w naszej wspólnej łazience balii, miednic, mis i widerek, bo dzięki temu jestem teraz czysty i czuję się lepiej. Ania z panią Krysią rozmawiają teraz na balkonie, mają tam nieco chłodniejsze powietrze i delikatny ruch powietrza, ale i mi tutaj w pokoju teraz dobrze.



Studencka kwatera

Jak wygląda dom Afrykańczyka? Na to pytanie można odpowiedzieć prosto, podając jedynie przykład. Więc Nana pokazał nam swoją kwaterę w Moree. W tym wielokomnatowym domu, w którym mieszka zapewne kilka rodzin On wynajmuje sobie domek, mieszkanko, pokój. No właśnie znów to porównanie, ciężko jest sobie wyobrazić, ale tak to wygląda - jeden pokój, to całe jego wynajmowane mieszkanko. Ubikacja na podwórku, lub w toalecie publicznej (nie ma aż tak daleko stąd), łazienka podobnie (cztery ściany z pustaków sięgające na wysokość ramion i szyi, do tego drewniane drzwi). W takiej łazience jest wiaderko, jest też plastikowy kubek, wiadereczko jak do piaskownicy lub czajniczek – można się myć, a do tego obserwować okolicę. W pokoju (mieszkaniu) niebieskie ściany, żarówka energooszczędna, telewizor 21 calowy oraz odtwarzacz DVD. Obok leżą płyty z filmami i muzyką. Nie ma tutaj ani jednaj szafy, jest za to parawan a za nim łóżko, w sumie sam materac leżący na ziemi, wieszak z koszulami na ścianie ot wszystko. I da się żyć!



27.01


W Star of Hope

W Star of Hope, na pierwszy rzut oka panuje niezły porządek, sponsorowane dzieciaki zgłaszały się i ładnie odpowiadały, nauczyciele potrafili nad dziećmi zapanować pomimo, że my biali zjawiliśmy się tak znienacka. Zjawił się aż dyrektor, więc będzie możliwość sprawdzenia obecności jak i opłacenia zaległych „fee” za szkołę. Kupiliśmy też trzem dziewczynkom, które narzekały na to, że są głodne po woreczku z ryżem lub makaronem, każda kosztowała 20 pessewas. Po pobycie u dyrektora dzieci osaczyły mnie z wielką siłą, to było męczące. Człowiek nie może się ruszyć, już nawet problem miałem z oddychaniem. Siedziałem wtedy na murku a one, około setki z każdej strony napierały na mnie, chciały bym robił zdjęcia. W końcu wymyśliłem kółko-krzyżyk, pokazując dziecku jak grać zaczęły się zawody. Chwilowo to pomogło, ale po momencie ciszy okazało się, że każdy chce ze mną zagrać, więc rzuciły się z większą siłą ku mnie, niektóre się popychały inne płakały, musiałem uciekać gdzieś na bok. W końcu wyrwałem kartkę z zeszytu i podałem dziecku by pokazało innym jak grać, być może przyczyniłem się do pogorszenia sytuacji na lekcjach – teraz będą grac w kółko-krzyżyk zamiast się uczyć?  Ale to przecież tak zabawne..

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

Cierpliwość jest cnotą

Rozmowa z taką osobą ja uncle Ben przynosi czasem jakąś sensowną odpowiedź na pytania, które powstają co dzień, a dotyczą wielu spraw związanych z lokalną kulturą, zwyczajami, wierzeniami, zachowaniami jak wydarzeniami. Więc dowiedzieliśmy się nowych ciekawych rzeczy, na przykład takiej, że w Moree większość ludzi zajmuje się rybactwem, połowem ryb, patroszeniem, wędzeniem, smażeniem, ich sprzedażą. Jeśli więc trafiliśmy tutaj z chęcią pomocy tym najbardziej potrzebującym rodzinom, a przede wszystkim dzieciom (które nie mają świetlanej przyszłości, jeśli nie będą się uczyć – ryb zaczyna poważnie brakować), to musimy mieć wielką cierpliwość do nich, do tych wszystkich ludzi, do całej społeczności.


Bardzo wielu ludzi nie wykazuje zrozumienia dla potrzeby edukacji, jest to spowodowane tym, że jako ludzie morza – rybacy, uczeni byli przez swoich rodziców właśnie tej specjalności, połowu ryb i wymiany towarów, a przez to zaspokajanie kolejnych potrzeb. Ojcowie i matki więc znacznej części populacji dzieci, nigdy nie uczęszczali do szkół, nie wiedzą przez to, co za dobro przynosi edukacja, nie potrafią zrozumieć, że to dobro (umiejętność komunikowania się w języku międzynarodowym, rozumienie zagadnień rynku, zdobycie nowych umiejętności, rozwijanie posiadanych talentów, aż wreszcie możliwość wyboru w przyszłości zawodu, na przykład innego od rybołówstwa), może nadejść, zaowocować w przyszłości, a nie koniecznie teraz, w postaci środków na przykładową kolację. Dowiedzieliśmy się także, że siłą do przekazywania społeczności informacji o potrzebie kształcenia, są jednostki – osoby duchowne, związane z różnymi kościołami działającymi tutaj w Moree, a także według niego w drugiej kolejności liderzy opinii w postaci „starszyzny” miasteczka.

 

30.01


Dziś nieoczekiwany wieczór, to znaczy jesteśmy zaproszeni na koncert grupy bębniarzy i tancerzy z Ghany jak i Australijsko – Nowozelandzkiej grupy tanecznej, a do tego zagra jeszcze nasz Freespirit Art – Group. Po naszej namowie John zabiera nas do Cape Coast, co znaczy mnie, Anię, mamę Krysti, Malaikę jak i Nanę (który bardzo się zaangażował w pomoc nam). Jest nas trochę za dużó w samochodzie, a nieopodal Moree Junction ustawia się patrol plicji – Nana wyskakuje więc i kawałek drogi pokonuje pieszo, potem znów jedziemy wszyscy razem. Ja dziś cały dzień czuje się nieco osłabiony, troche tak jakbym był na kacu, ale bez powodu? Dziwne to.

Przejeżdżamy obok zamku, który wygląda na potężną twierdzę, naszym miejscem docelowym jest kurort plażowy „Oasis Beach”. Miejsce to świetne, afrykańskie barwy, ogródek zadbany, wiaty kryte strzechą lub liśćmi i tuż obok morze. Zapada zmrok, ale miejsce przygotowane pod gołym niebem, pod występ zespołów jest dobrze oświetlone.


Poznajemy Kofiego, instruktora i trenera grupy artystycznej Freespirit. Co tu wiele mówić, dla mnie to od razu widać, że ten człowiek żyje muzyką, żyje z muzyki – taki prawdziwy wirtuoz bębnów – nadaje się. Więc rozstawione bębny czekają na pierwsze uderzenie w membrany. Są dwa wielkie – takie w kształci walca bez poszerzenia ani zwężenia. Potem szereg bębnów takich na jakich gra nasza art grupa (gdzie membrany są węższe, a kadłub bębna rozszerza się w środkowej części – a z tego kadłuba nazwijmy to, wystają patyki służące do naciągania skóry, jak i regulacji i strojenia). Do tego wszystkiego trzy duże djembe (dżamby). Ktoś krzyknął nagle – Rasta! – Kofi złapał za jedną djembę, jego dwóch kompanów złapało za dwa kolejne. On sam w długich dredach, wielu innych muzyków i tancerzy także. Wszyscy niemal odziani w tradycyjne afrykańskie stroje, spodenki i spódnice (albo coś w tym stylu – zwał jak zwał). Zaczyna się bębnienie. Wszystkie bębny dudnią z wielką mocą, serce wariuje w ciele a umysł rozkoszuje się spokojem ducha. Idealne sprzężenie ciała i umysłu, być może osiągalne w rytmie specjalnie dopasowanym. Pociągnąłem kolejny łyk piwa, mamy bardzo dobrą lokalizację jeśli chodzi o stolik, zresztą sami go przytaszczyliśmy nieco bliżej sceny, więc jest bardzo miło. Muzycy pokazują na co ich stać. Po seniorach wbiega na scenę zespół przez nas oczekiwany, próbka tego co dzieciaków nauczył Kofi. Więc muzyka świetna i taniec – układ znów trudny na pierwszy rzut oka – zaawansowane jak dla mnie umiejętności taneczne dzieci.

Po grupie fundacyjnej nadszedł czas na tancerzy z za morza. Dają oni także niezły popis tego jak wygląda taniec w Australii czy Nowej Zelandii. Wśród tych tancerzy jest biała kobieta. Dziwnie to wszystko wygląda –biały człowiek jakoś nie pasuje, nie tańczy tak dobrze, a może i tańczy, ale w tych rytmach chyba zostaje nieco w tyle. Pierwszy raz widzę takie wydarzenie na żywo i już chcę więcej. Zespół Freespirit, wypadł świetnie, dzieci przykładają się do treningów jak sądzę i jako najmłodsi uczestnicy koncertu – są na prawdę dobrzy.

Na koniec jeszcze trochę popisów różnych wykonawców. Kofi kładzie djembe na ziemi – potem tak w nią uderza, że bęben zaczyna się kręcić i jechać po betonie. Wędrują tak dookoła sceny (uderzenia w membranę, następują z dużą częstotliwością i szybkością). Muzyk podąża za djembą – tam gdzie ona go zaprowadzi – taki pokaz nieco teatralny – djembe to symbol muzyki w tym momencie, wabi ona artystę a on podąża jej śladem, nie zadając pytań, idzie za nią krok, w krok w nieznane...Prawdziwa muzyka! Polecam!



Zasiadamy na balkonie, spać się nie da – u sąsiada „funeral” czyli pogrzeb. Tutaj pogrzeby to wielkie wydarzenia, muzyka leci z wielkich głośników – nie żałobna (no być może, ale nie zawodząca, smętna) lecz rytmiczna, wesoła, porywająca do tańca i energiczna. Ludzie poruszają się, pląsają w jej rytmie, tańczą. Zasłania mi nieco ten widok dach jak i drzewo. Gdy przychodzą goście, niektórzy z nich rzucą jakiś grosik dla rodziny zmarłego, a dzięki tym grosikom impreza potrwa dwa, trzy lub nawet cztery dni i noce. W nocy po godzinie dziesiątej nikt nie będzie wołał, że jest późno i powinno się ściszyć głośniki. Impreza taka jak pogrzeb to wydarzenie, trzeba więc oddać należną cześć odchodzącemu człowiekowi, niech świat o tym słyszy.

Trochę piwko, które popijamy tego wieczora uderzyło w słabą głowę, zastanawiamy się jak tu uratować sen – odpowiedź zaś przyszła do nas z morza. Od morza nadciągnęły chmury, zaczęło się błyskać i nagle spadł deszcz, w sumie to nie deszcz, tylko deszcz, ogromna ulewa, tak nagła, że nie dała szans ludziom by się ukryć. Leje więc jak z cebra, my z balkonu mamy dokonały widok, na to jak ludzie uciekają w popłochu. Ów klepisko z czerwonej ziemi, które jest wszystkim zmienia się w bajoro, jezioro – nie chcę wiedzieć, gdzie podziało się ale szambo, które jeszcze przed chwilą płynęło sobie wąską ścieżką. Wszystko jest jednością. Leje, leje, leje... pogrzeb więc na dzisiaj się skończył, prąd w gniazdkach znika i pojawia się, powietrze się oczyszcza, będzie więc łatwiej zasnąć.



01.02


Kupiłem dziś rano na Targu sztangielki i zjedliśmy śniadanko z super pikantnym tuńczykiem – lubimy to jeść, bo jest dobre i pikantne więc stawia na nogi. O tym, że tutaj wszystko je się pikantne nie muszę pisać, ale zrobię to. Fufu, tradycyjna potrawa w postaci ciasta wyrabianego z bananów plante oraz kassawy, a także sosu lub zupy; oprócz tego kenke – dziwna kostka ciasta urobionego z mąki kukurydzianej,owinięta liśćmi z jakiejś rośliny, które zostawione na kilka dni nabiera kwaśnego posmaku – także serwowane z ostrym jak brzytwa sosem. Oprócz tego plante (plantain) takie duże zielone banany, które służą do smażenia w głębokim oleju i smakują wówczas jak przesączone olejem frytki z ziemniaków. Służą one także do pieczenia na grillu i wtedy według mnie przypominają ziemniaka upieczonego w węglach – wystarczy posolić i palce lizać. Dziś nadszedł dzień w którym mamy spróbować czegoś nowego, jakiejś dużej lokalnej byliny o nazwie jam (yam), zresztą ponownie z piekielnie ostrym sosem z rybnym. Więc rozpoczęła się kolejna niedziela, w planie na dziś jest piknik dla dzieci sponsorowanych, na plaży w okolicach Moree Beach Resort. Nana postanowił pobawić się w kucharza i przygotować ów danie z jamu. Wkrótce więc przekonaliśmy się, że jam to coś w rodzaju buraka cukrowego - jeśli popatrzeć na wygląd – w połączeniu z ziemniakiem. Takie duży i nieforemny, a do tego ciężki, po rozcięciu widać śnieżno białe wnętrze. Dwa takie jamy wystarczyły by poczęstować prawie 30 osób. Smak...potem.


Najpierw odwiedziliśmy dom Aminy, jednak Ona nie zdążyła jeszcze wrócić ze szkolenia w Akrze. Dzieciaki naszej bibliotekarki – dwóch małych urwisów, rozrabiaków w wieku około 6 lat (bliźniacy chyba) podobnych jak dwie krople wody, łapało mnie za ręce, szczypało skórę, ciągnęło za uszy itp. Dla jasności: wszystko po to by sprawdzić co to jest biały człowiek „Obruni”, dla wielu dzieci, to ktoś ważny, inny, ciekawostka. Zresztą i dla wielu dorosłych też bywamy ciekawostką: Obruni how are you? – wołaj czasem nawet starsi, aż nie chce się odpowiadać – Thank you, I’m fine!

Zebraliśmy więc troche rzeczy z Aminy domu: lodówkę przenośną, beczki na wodę, kuchenkę lub grill, ciężko to nazwać. Otóż wykonane ze stali, gdzie w dolnej części gromadzi się popiół, natomiat góra rozszerza się tworząc stożek. W nim leżą węgle i na nie gdy są rozgrzane stawia się garnek. Pomiędzy dolna i górną komorą jest siatka. Widziałem jak ktoś używał też takiego wynalazku w inny sposób, że na dole położy drewienko i paliło się, w górnej części zaś wędził sobie rybkę i coś tam jeszcze. Ot pomysłowość Afrykańska.



Pojechaliśmy wynajętym Tro-Tro na piknik.. Woda ciepła, wielkie fale, na tyle duże, że mogą wywrócić. Niestety pływać nie udało się. Każde moje zbliżenie się do wody, powodowało, że dzieciaki też wbiegały w fale. Upominany delikatnie, musiałem zawrócić aby nikomu nic się nie stało. Tutaj ciąg wody w kierunku morza, jest największy jaki ja w życiu spotkałem, może dlatego przechodząca kobieta powiedziała nam by uważać by żadne dziecko nie pływało w morzu, bynajmniej nie dziś i nie tutaj.

No a teraz wiedząc już jakie zakupy zrobiliśmy przed piknikiem, zapiszę składniki na danie z jamu. Oto one: dwa dojrzałe jamy, mały olej, jedna cebula, starte orzeszki ziemne, cztery wędzone ryby – jeszcze ciepłe, papryka chilii w proszku, przecier pomidorowy. Danie było pyszne, może spróbuję taki jam przemycić. Może wyda plon?



Przypomniał mi się temat pewnej rozmowy, mianowicie o tym, że wielu mężczyzn pochodzących z Afryki proponuje dziewczynom z europy i świata – małżeństwo, nawet kiedy znają się zaledwie kilka chwil. Podobnie jest podobno z kobietami, a ma to związek z zaciekawieniem inną kulturą, być może z korzyściami płynącymi z takiego związku. Wczoraj stało się coś co ciężko określić, ująć na tyle udatnie by odzwierciedliło to sytuację. Otóż mieliśmy gościa wieczorem, była nim miła dziewczyna. W pewnym momencie zwróciła się do mnie mówiąc: - wiesz, zawsze chciałam mieć białego faceta – nieco zmieszany, odpowiedziałem, że to dobrze, cóż w tym złego. Po chwili spoglądania sobie w oczy, uznałem jednak, że to nie żart – Ona chce poślubić białego faceta i nie ma zamiaru go szukać, czy dłużej czekać. Gdy więc na jej wzrokowe zapytanie odpowiedziałem, że w Europie ich pełno, Bidulka zwiesiła głowę mówiąc: - szkoda!

Ciężko jest czasem, we właściwy sposób rozwiązać sytuację, tym bardziej gdy pada ważne pytanie, także z ust osoby, której się nawet nie zna. Hmm.. Tak czy owak, wymieniliśmy numery telefonów. Obiecała się odezwać; to miłe. Zadzwoniła...zresztą jeszcze się usłyszymy mam nadzieję.


03.02


Jest chyba trzeci luty, pogoda świetna – nie jest zbyt gorąco, tak, że nie siedzę przed zeszytem tak spocony by ciągle przecierać pot z czoła. Mogę więc spokojnie coś napisać. Z biblioteki dochodzi gwar – dzieciaki z mamą Krysti uczą się czegoś, coś czytają. W salce trwa lekcja z nowym nauczycielem Benjaminem, który zastąpił dotychczasowego Louisa (to jego brat). Ben radzi sobie na razie całkiem nieźle, ale nie mi to oceniać. Dziś udało się zakończyć jako tako, ciężką pracę nad tablicą informującą o naszym projekcie budowy centrum kulturalno edukacyjnego, która ma stanąć na działce. Na czwartek zaplanowaliśmy spotkanie z liderami opinii w Moree. Zamówiliśmy więc meat pay – zapiekanki w kształcie dużych pierogów z farszem mięsnym i jajem. Upiecze je znajoma Aminy z Cape Coast, więc jeszcze dokupimy Colę i poczęstunek będzie gotowy. Musimy jednak wszystko przygotować, pożyczyć od księdza ławki kościelne i zaplanować to co chcemy im przekazać i jak.

Siedząc na murku ogółem wsłuchać się w odgłos Moree - co słyszałem – baranka, kozę, gwar dzieciaków, odgłosy ich zabawy, czasem szum morza w oddali. Zapiał czasem kogut, czasem inny jakiś ptak przemówił swoim głosem.

Namalowałem na ”ziemi” – betonowym tarasie przed biblioteką żółty okrąg. Stanęliśmy z dziećmi dookoła i zastanawialiśmy się co z tym okręgiem można zrobić. Pomysł poddały same dzieci i zaczęły żywo tańczyć w jego wnętrzu, zaś my stojący na zewnątrz klaskaliśmy w dłonie, hmm...ile to zabawy można znaleźć w kółku. Tak sobie wymyśliłem, że kiedy będzie już właściwe centrum edukacyjne, to będzie można tam wymalować wielką kule ziemską na ziemi z Afryką na pierwszym planie.


Opieram się o ścianę biblioteki, trzymając zeszyt na kolanach. Nóżki wyciągnąłem przed siebie, bo się trochę napracowałem z tą tablicą. Malowałem ją chyba trzy dni w sumie. Było trudno, pierwsze podejście nie wyszło, po prostu było brzydkie. Teraz jednak namalowałem tak jak chciałem, sami zobaczycie efekt. Teraz wszystkie dzieciaki co uznały mnie za obiekt bardziej interesujący od książek, stoją z każdej strony spoglądają na mnie, dotykają ukradkiem –jakby się bały reakcji, chcą sprawdzić jaka jest moja biała skóra, ale krępują się zrobić to otwarcie. Więc czasem jakaś rączka z wyciągniętym paluszkiem dotknie mojego przedramienia i od razu się chowa, jakby dotykała gorącej powierzchni. Kilkanaście par oczu patrzy na mój zeszyt, patrzą ale nie rozumieją tego co w nim zapisuję, że piszę właśnie to co obserwuję. Rozmawiają między sobą w fante (ich ojczystym powiedzmy języku). Uśmiechają się co raz, gdy się poruszę, lub gdy ktoś dotknie mojej skóry a ja spojrzę na osobę która to zrobiła, wtedy pozostałe dzieci śmieją się, z tej osóbki, która dała się przyłapać.


Czarownik, czarownik

Czarownik, czarownik – tak było nie było, mamy tutaj z takim jegomościem do czynienia, do czynienia znaczy się na pieńku. Oto ów czarownik, szaman, ksiądz, czy pastor jak się w końcu okaże – wyje w nocy na tyle głośno aby ze stu procentową jakością przerywać nam sen. Słowem wyjaśnienia muszę powiedzieć, że to rytmicznie przerywane wycie, to jego modlitwa. Jak pastor chce rozmawiać z Bogiem to wychodzi w nocy na dwór, podwórko, cokolwiek i zaczyna korzystać z uroków jej ciszy – nikt mu nie przeszkadza, jest tylko on i stwórca, rozmawiają dziwnymi językami – nikt nie rozumie co mówią, nikt nie podsłuchuje – nie, to nie prawda – podsłuchują wszyscy, wszyscy słyszą, my słyszymy (jak drze się po nocy). Okazuje się, że dla pastora najlepszy czas na modły to od około godziny 1.00, do około 2.00, może później (dla innych jednak, to być może czas dla słodkich snów). By nie było łatwo, ów „szamańskim” wybrykom wtóruje całe podwórko; śpiewają więc, beczą, chrumkają wszelkie zwierzaki – spać nie podobna w tych warunkach (ja jednak spokojnie zasypiam, ale w tym jestem mistrzem już od jakiegoś czasu), ogólnie może to „wkurzać”. Zastanawiam się czy nie warto wykrzyknąć dziś w nocy do dziada, żeby szedł modlić się na plażę? A nóż uzna, że to bóg do niego przemówił i utopi się w głębinach Atlantyku?


04.02


Dziś jest chyba czwarty luty, jest gorąco jak diabli – od ósmej spływa ze mnie wszystko to co wypiłem, pije więc jak mam i płynie to, płynie. Cały jestem bez sił, ale jest mi jakoś przyjemnie. Byliśmy w wolnej chwili na wybrzeżu – jego rybackiej części. Spacerowaliśmy więc wzdłuż plaży, gdzie zaparkowane czekają popołudnia dziesiątki łodzi „kanu”. Około 16.00 rybacy wypłyną w morze, niektórzy zostaną tam na noc, tworząc obrazek migoczących w oddali światełek. Morze jest silne, fale potężne z trzaskiem obijają się i atakują piaszczystą plażę. Szkoda tylko, że ludzie zamieniają ją w śmietnik lub toaletę – trzeba więc uważać jak się stąpa, na czym siada, na czym leży. Obok naszych stóp zdechła koza straszy martwymi oczyma i wywleczonym językiem. Łodzie są potężniejsze niż osobiście sobie je wyobrażałem. Na moje oko pomieszczą od 20 do 30 osób – niektóre może więcej. Są też mniejsze, ale to te duże robią duże wrażenie. Na wielu łodziach coś w rodzaju loga, mały obrazek, piktogram w kształcie znaku „trefl”znanego z gier karcianych. Do tego idealnie skomponowane barwy flagi ghanijskiej: czerwony, żółty i zielony, tu i ówdzie czarna gwiazdka. Na łodzi siedzi rybak i reperuje zerwaną sieć (reperuje bo nie stać go na nową), zapewne dziura powstała niedawno, być może wczoraj. Zwraca się do mnie używając języka „fanti” w połączeniu z angielskim. Z uśmiechem na twarzach, dogadujemy się jakoś, że ta łódź należy do jego brata, który właśnie wraca z Maroka. Kiedy wróci – zapowiada rybak – zabierzemy was na połowy i zrobicie dobre zdjęcia, musicie jednak mu zapłacić bo pieniądze się przydadzą na sieć czy jedzenie – tyle zrozumiałem z tej rozmowy, a do tego ciężko być pewnym czegokolwiek. Czas jednak pokaże, być może w niedzielę, a planujemy wziąć dzień wolny, uda się wypłynąć w ocean? Na moje oko rybacy wypływają około dwóch kilometrów od brzegu, ale ciężko mi to odnieść do realiów, gdyż ciężko określić odległość spoglądając w bezmiar oceanu.



Azymut na zamek

To przedziwne miejsce, spoglądam na budynek kościoła, wyglądający jakby był całkiem niedawno zbudowany. W oddali, jakieś dwa kilometry stąd ruiny zamku. Dowiedziałem się na razie tyle, że ów zamek zbudowali Holendrzy około 1400 roku, może 1500, muszę to jeszcze sprecyzować. Ruina wygląda okazale, stoi na wzgórzu nad samym oceanem. Zamek stoi na tej czerwonej skale, widać tam wieżę z oknem, lub fragment wysokiej ściany. Chciałoby się pójść zobaczyć z bliska, nogi już się rwą, ale nic za darmo nie ma, ciężko byłoby się przedrzeć przez mur wyłudzaczy. Przyjdzie jeszcze okazja, że wybierzemy się tam z obstawą. Gdzieniegdzie w miasteczku widziałem porozrzucane, leżące sobie na ziemi armaty (pochodzą zapewne z ruiny, lub też ze statków które tutaj kiedyś docierały. Wydaje się, że jakby pozbierać to wszystko do kupy i zorganizować trochę to miejsce, byłoby niezłą atrakcją turystyczną w przyszłości. Dzisiaj ów armaty używane są jako ławki, siedziska – najważniejsze, że nie leżą bezczynnie – to znaczy bezużyteczne.


Siła Afryki

To tutaj w Afryce podobno zaczęło się życie. Moje stopy, stopy europejskie, jasne z żyłkami pod skórą tam i tu, delikatne; mówią mi o różnicy jaka zaistniała w świecie. Jeśli to prawda, że stąd jesteśmy to muszę stwierdzić, że jesteśmy słabsi – nie wyszła nam przeprowadzka na zdrowie. Delikatność to jest to, co w zamian za swoje usługi daje nam technika.

Sami osłabiamy się, a tutaj w Afryce jest sama natura, która pozwala nam się wzmocnić.


Powrót kanu

Uwielbiam te chwile popołudniem około 17.00, gdy słońce chyli się ku zachodowi, gdy nie jest zbyt upalnie, a jednak jest ciepło, gdy lekkie podmuchy wiatru pozwalają oddychać. Dziś dzień był miły, może dlatego, że spędziliśmy go w bibliotece – pod dachem i w cieniu. Teraz myślę o tym tylko by udać się nad morze, tak jak wczoraj wieczorem, prawie w nocy. Byliśmy na plaży około 20.30, o dziwo wróciła wówczas z połowów jedna z łodzi. Więc opłaciło się oczekiwanie, mogliśmy zaobserwować w jaki sposób rybacy wyciągają kolosa na brzeg. Dla wyobrażenia rozmiarów powiem, że długa na trzy auta osobowe, a szeroka na poczciwego „malucha”, więc też musi ów olbrzym ważyć. Było nas 12, lina gruba na cztery palce złożone do kupy, przytwierdzona do dziobu łodzi. Łódź stała równolegle ustawiona do linii plaży. Co jakiś czas większa fala zakołysała ją, jak jakąś lekką łupiną, nie miała jednak siły by zabrać łódź z piachu na powrót do wody. Raz po raz jednak, uderzenia fal kołysały łodzią i jej kąt nachylenia względem plaży zmieniał się. Rybacy ułożyli dwie deski na piachu, zaczęliśmy ciągnąć. Wołali oni przy tym coś w stylu: - raz, dwa, trzy dawaj! – i wówczas wszyscy ciągnęli z całych sił. Kanu trochę drgnęło, potem zaś gdy podłożono belkę pod jej kadłub, drgnięcie przerodziło się w ruch tak daleki, że łódź postawiona została dziobem w kierunku plaży.

Jeszcze gdy odchodziliśmy z plaży rybacy ciągle uwijali się przy pracy. Zaczęli wciągać drewnianego olbrzyma na piasek, aby go tam zaparkować, pomiędzy dziesiątkami innych kanu. Miejsca pomiędzy innymi łodziami było akurat tyle, że z każdej ze stron zostanie może po pół metra, aby można było tamtędy przejść. Nie zauważyłem, czy na ów deski podłożyli jeszcze belki, które miałyby posłużyć jako koło, po którym łódź sunęłaby łatwiej do przodu – ale jestem niemal pewien, że tak było. Wspominał już o takim sposobie John, a on też łowił kiedyś ryby.



05.02


Na spotkanie ze „starszyzną plemienną”, a raczej starszymi, doświadczonymi i wpływowymi mieszkańcami Moree, przyszedł nawet król. Królem nazywają tutaj pewnego pana Nanę, który to został kiedyś wybrany na to zaszczytne stanowisko przez radę i zgromadzenie społeczności miasteczka. Ani nie jest duchownym ,ani w sumie politykiem, ani chyba strasznie bogaty, ale za to „King” więc jest traktowany z należytym respektem. Posiada więc król specjalną szablę, która jest w Ghanie symbolem władzy. Szabla z pozłacaną rękojeścią, tępa, a w jej klindze niewielkie otwory.

Na spotkaniu poruszyliśmy sprawy fundacyjne. Nasi szanowni goście wypowiedzieli się natomiast na temat istniejących w Moree problemów, jak i sposobów na ich rozwiązanie – widzianych ich oczyma. Mówił więc ktoś: „widzicie, że drogi w Moree ulegają rozpadowi. Edukacja jest dobra, najważniejsza, ale jeśli w porze deszczowej drogi zamienią się w bagno, to dzieci nie pójdą do szkół, nie mogą się przez nie przedzierać. Z chęcią poprzemy Wasze projekty, są one dla naszej całej społeczności dobre, ale obiecajcie, że nie zrobicie tak jak wiele organizacji charytatywnych, które obiecały wiele, a potem znikały” - ktoś inny dodał: „zajmijcie się dziećmi, które się nie uczą, które nie mają rodziców, albo mają, ale są zmuszane do pracy przy smażeniu ryb, sprzedaży czegokolwiek. Zajmijcie się rodzinami ciężko pracujących rybaków. Wielu z nich pracuje długo w dzień, w noc, czasem cały czas: łowiąc ryby, patrosząc je, smażąc i sprzedając – wszystko po to by mieć co włożyć do garnka – zjeść. Ich nie stać na to aby dziecko poszło do szkoły – dziecko to pieniądz. Gdy dzieci idą do szkoły, potrzeba zapłacić czasem, potrzeba dać na obiad. Wybudujcie szkołę, za darmo, a my przekonamy rodziców – dajcie im szkołę za darmo, a dzieci przyjdą!”.

Jeden z najstarszych jak mi się wydawało liderów opinii, przemówił poruszając bardzo istotną kwestię: „problemy w Moree narastają, pojawiły się z powodu europejskich statków – pływają, płoszą, łowią, łowią, zabierają nasze ryby – jakie szanse ma rybak z Moree, posiadający mniejsze łodzie i mniejsze sieci? Rybacy z każdym dniem pracują dłużej i ciężej, a i tak jest im ciężko utrzymać rodziny – to jest największy problem w Moree”.

Mędrcy, bo można chyba ich tak nazywać ponieważ wypowiadali się bardzo mądrze o sytuacji zaistniałej w miasteczku jak i Afryce, na końcu spotkania pożegnali się w tradycyjnym afrykańskim stylu – poprzez silne uściśnięcie dłoni.


Z głową pełną jeszcze emocji postanowiłem policzyć wszystkie kanu, które stacjonują na brzegu, aby mieć jakiekolwiek rozeznanie o skali przemysłu rybnego w Moree. Niestety okazało się, że znaczna część ludzi posiada swoje łodzie w odległych wioskach jak i przy okolicznych plażach w okolicy Moree.


Widokówka

Jest tutaj takie wzgórze, które osobiście nazywam „Fisherman Hill” a to dlatego, że z niego rozciąga się widok na całe rybackie Moree, a szczególnie dobrze widać tą część plaży z której rybacy wypływają na połowy. Na wzgórzu tym właśnie mieści się ów bar „Sea view”, w którym ugościli nas John i Banjamin. Stąd też postanowiłem przyjrzeć się Moree z góry i to jeszcze za dnia.

Więc zobaczyłem jak linia lądu styka się z oceanem, zakrzywia się i wiedzie do skalnego wzgórza po drugiej stronie płaskiej doliny (większa część miasteczka), tam skręca na lewo i prowadzi do zamku, który góruje na klejnym wzgórzu. Gdy ominie zamek linia lądu cofa się, tworząc zatokę by potem, szerokim łukiem powędrować gdzieś daleko. Tam na tym łuku znajduje się plaża, równie nieczysta jak wybrzeże kanu, ale za to kąpieliskowa; a także Moree Beach Resort. Tam dziś chcemy się udać i odpocząć trochę, jest przecież niedziela.


Goście,goście

W Moree panują dziwne i czasem ciężkie do pojęcia zwyczaje. Dla przykładu: puka ktoś do drzwi, lub nie pukając wchodzi do twojego mieszkania i zasiada przy stole. Następnie siedzi tam; nie musi nic jeść, pić, nie musi nic robić – po prostu siedzi przy stole i patrzy na to co robisz. Ty zaś nie masz serca go wygonić, mimo, że niejednokrotnie taki gość niesamowicie ci przeszkadza. U nas szczególnie częste odwiedziny składają dzieci. Te same wspaniałe istoty co na ulicy wołają za nami i obdarowują nas wielkimi uśmiechami i energią, teraz przychodzą i przeradzają się w „potworki”, które potrafią zawołać: „give me money” lub „I’m hungry, give me food” albo „this is for me?”. Nie byłoby w tym nic złego, ani drażniącgo, ale gdy odwiedzin i odwiedzających jest zbyt dużo, wówczas chciałoby się wykrzyknąć: - ja też jestem głodny, bo zawsze mi połowę zjecie! – ale mimo wszystkiego, mimo tego wewnętrznego wkurzenia, serce zaraz mięknie i człowiek zaprasza grzecznie do stołu, albo delikatnie wyprasza z mieszkania.


Ale zgłodniałem. Więc wracając do gotowania. Wyjście na plażę opóźniło się nieco, a to właśnie przez nieoczekiwanych gości, nie można ich winić za to, bo przecież jesteśmy tutaj miłymi, odmiennymi i wzbudzającymi zainteresowanie gośćmi. Zacząłem więc gotować mój pierwszy afrykański posiłek, „ala Kris”.

Gotowałem więc jam z sosem. Sos ów zrobiłem z fasolki w puszce w sosie pomidorowym, przecieru i cebulki. Dodałem też sporo papryki w proszku. Jam ugotowałem tak samo jakbym gotował ziemniaki (w smaku przecież podobna do ziemniaków jest to bylina).

Wkrótce obiad był gotowy, lecz i goście byli gotowi na to by się na niego załapać. No i trudno, znów na plaży wylądować przyjdzie na głodnego.


Moja mapka Moree już jest prawie gotowa. Na razie bardzo schematyczna, ale chcę ją uzupełnić o szczegóły. Zaznaczyłem na niej nawet plażę, którą dziś ponownie odwiedziliśmy.

Tam na plaży nasz kolega z fundacyjnej art grupy Ajzik, pokazał mi miejsce gdzie leżą wielkie kości. Jakby nie było największe jakie w życiu spotkałem – sam takich nie mam, więc uznałem, że na pewno to kości dinozaura. Po chwili jednak zostałem poprawiony, że to „big fish”, wielka ryba, która dawno temu tutaj padła. Prawdopodobnie jakiś biedny wieloryb wypadł więc z rozpędu na plażę, gdzie został poćwiartowany albo już martwego wyrzuciła jakaś wielka fala. Ajzik mówił, że pamiętają to jeszcze starcy, nawet jego dziadek, a więc o dinozaurze mowy raczej nie ma.


Całkowicie odmienny od naszego świat, a niby ten sam. Chcę teraz znaleźć chwilę odpoczynku, spokoju, a potem jechać, jeachać, być gdzieś tylko na chwile, tylko gościem, tylko przejazdem, ciągle w drodze...



07.02

Byliśmy dziś na plaży standardową gromadką składającą się z nas i z grupy dzieciaków sponsorowanych. Dzieciaki zatrzymały się w takiej skleconej z byleczego salce, deszczochronie, a my podążyliśmy do laguny – laguna okazała się jednak czymś w rodzaju rozlewiska. Tam w pobliżu laguny wioska, której nazwę ciężko nawet zapamiętać, coś w pobliżu słowa „Tłim”. Teresa, jedna ze starszych dziewczynek mówiła „czim,czim, idziemy do czim, czim” – i wówczas śmiali się. W wiosce pewna kobieta złapała kaczkę i podała ją Johnowi. Wyglądało to wszystko tak, jakby chcieli zabić lub zranić ów ptaka, abyśmy mogli przebyć rzekę. Może to rodzaj myta, lub innej opłaty – podpowiadała myśl, ale przecież nie płacilibyśmy ich kaczką? W końcu narobiliśmy dużo hałasu i ptak został ocalony. Wyszło z tego w sumie tyle, że John miał na myśli inną lagunę niż ja i chciał się przedostać przez rzekę łodzią na drugi brzeg, gdzie ów brzeg wyglądał jak dziwne trawiaste mokradło, przypominające pola ryżowe – takie z telewizji. Na drugim brzegu mieliśmy podobno zobaczyć to co zwą „dendżia”, czyli krokodyle. Tak czy owak, uratowaliśmy „doko-doko”, przemiłą kaczuchę, która być może miała posłużyć tu jako przepustka, smakołyk dla krokodyla. Z tłumaczenia Johna jak i innych osób, wynikało jednak, że tutaj wcale nie ma krokodyli, więc cała sprawa jest zagadkowa. Hmm...być może będzie potrzeba udać się na drugi brzeg i sprawdzić, co tak na prawdę chciał nam pokazać przyjaciel.

 

Zły duch

Odwiedziliśmy ponownie kości wieloryba, które nawiedziłem już raz z Ajzikiem. Dziś chciałem podejść zrobić zdjęcie – lecz powstrzymała mnie Teresa (nasza pomocniczka z biblioteki,uczennica sąsiadującej z nią szkoły), mówiąc że tam siedzi zły duch i dlatego tam złożono kości – leżały one spokojnie w jakimś niedokończonym budyneczku, kiosku z kamienia przy plaży. Dziewczyna ładna i wykształcona, po angielsku mówi dobrze, na pewno lepiej niż ja, zainteresowana światem, a jednak wierząca w ducha zaklętego w kościach wieloryba. Uznałem, że wierzy w to gdyż takie są wierzenia jej ludu, postanowiłem więc okazać respekt dla tej kultury i nie przekraczać tej umownej granicy pomiędzy dobrym światem a złym duchem. Wydawała się być przerażona, gdy kolejna osoba podeszła bliżej – jednak uspokoili ją starsi towarzysze.

O takich ciekawych wierzeniach mówił nam niedawno Nana (nasz wspominany już pomocnik). Człowiek, który jakby nie było skończył uniwersytet, inteligentny opowiadał o tym, że w europie żyją centaury i skrzaty, w Rosji są giganty, a do tego pytał o to czy widzieliśmy wampira? Na moją odpowiedź, że te wszystkie rzeczy to tylko legendy, Nana oburzył się i zapytał - a byłeś w Grecji? Odpowiedziałem, że niestety nie. Ania za to powiedziała, że odwiedziła Grecję. Nana jednak pytał znowu - czy wszędzie w Grecji byłaś? Odpowiedź była jasna – oczywiście nie wszędzie! - a jego przekonanie również klarowne – widzisz, nie wiesz nic, te stworzenia tam żyją, tylko się ukrywają – skomentował nasz pomocnik i przyjaciel. No tak – przytaknąłem w końcu, i nasza rozmowa miała się ku końcowi, lecz Nana kontynuował – widzisz i wy europejczycy macie dziwne wyobrażenia o nas, mieszkańcach Afryki, na przykład takie, że Afrykańczycy żyją na drzewach! Miał rację, nie ma co; wielu z nas często nie ma zielonego pojęcia, jak wygląda życie w Afryce i wiemy o nim tylko tyle, co przekazał ktoś, kiedyś, gdzieś. Dlatego jeśli ktoś, kiedyś, gdzieś powiedział Nanie o Europie tyle, że tam żyją centaury to dlaczego miałby On miałby myśleć inaczej?

Z opowieści dowiedzieliśmy się jeszcze trochę o syrenach, które pojawiały się u wybrzeży i porywały ludzi. Syreny, które zawsze były białego koloru skóry, podobnie jak później przybyli kolonialiści. Niektórzy ludzie do dziś, jak widzą białego człowieka, potrafią sądzić, że to stwór, który wyszedł z morza i być morze ma płetwę zamiast nóg?

Inna sprawa jest z szamanami, czarownikami. Są podobno w Ghanie osoby zajmujące się magią, złe postacie, które potrafią opuścić własne ciało i jako duchy wędrować po świecie, nawet Europie. Nana mówił, że istnieje książka, którą ów czarnoksiężnicy czytają, słowo po słowie i wówczas zaczynają się dziać dziwne rzeczy – zawsze złe. Czasem pojawia się nawet człowiek-wąż, postać ta czeka, aż zada się jej pytanie, a potem odpowiada na nie – podobno też wielu wpływowych ludzi, korzysta z jej pomocy. Wszystko co mówił Nana, mówił z niesamowitym przekonaniem, mimo że wydaje się to tak niewiarygodne. Daje to jednak do myślenia, gdy się jest w kraju gdzie podczas mszy, ludzie potrafią padać jak muchy, mdleć, wpadać w trans tańca. Wydaje się jakby życie duchowe, bliższe tutaj było temu materialnemu, cielesnemu – jakby duch i ciało zaczynały być niesamowitą jednością – gdy duch tańczy, wiruje całe ciało itd. Może stąd te temperamenty. Czasem nie potrafię zgadnąć, czy ktoś tylko rozmawia czy już się kłóci. Głos nagle uniesiony, słowa wypowiadane z taką siłą i akcentem, jakby ktoś chciał komuś wpieprzyć – a jednak spacerujący teraz przechodnie wyglądają na zadowolonych ze swojej rozmowy, odchodzą ciągle konwersując, machając rękami od czasu do czasu.



08.02

Jest ósmy luty, niedziela. Afryka jest coraz piękniejsza, z całym swym bogactwem i z całym swym robactwem, bo mimo strachu przed chorobami, mimo występującego braku wody, mimo trudności i ciężaru znoszenia upału – chce się tutaj wrócić – mimo, że się jeszcze nie wyjechało. Chciałoby się jechać dalej i dalej, głębiej i do tego być zawsze pomocnym, zawsze móc podać na czas pomocną dłoń. Jakże jednak trudno rozpoznać tego, który jej prawdziwie potrzebuje, jak trudno rozpoznać to co jest lepsze dla Afryki? Piękno jest tu jedyną stałością, piękno jest pewne.

10.02

Do Moree, tej małej miejscowości rybackiej, gdzieś u wybrzeży Zatoki Gwinejskiej cywilizacja dotarła dawno temu, jednak życie w niej jest odmienne od europejskiego, a nawet od afrykańskiego. Jest co prawda wiele podobieństw. Tutaj także, ludzie spacerują z telefonami komórkowymi, jeżdżą samochodami, mają w domach energooszczędne żarówki, a kanu są wyposażone w silniki spalinowe. Różnica polega jednak na zamożności. W Moree telefon komórkowy mają nieliczni, większość samochodów to graty stare jak świat, a szczególnie wśród taksówek. Zdarzają się oczywiście i „fury” nie z tej ziemi, na które nawet przeciętnego mieszkańca bogatych krajów europy nie byłoby stać. Silniki do łodzi, można dostać używane na targu. Gdy uda się wyremontować taki silnik będzie służył długi czas. W innych kanu, najnowszy sprzęt Yamachy. Rozdział pomiędzy bogatą a biedną częścią społeczeństwa jest ogromny, zresztą jak wszędzie. Można powiedzieć, że tutaj jednak sięga szczytu – najbogatszych stać na płace, najbiedniejsi umierają z głodu – nie otrzymają pomocy socjalnej, nikt o nich nie wie, być może dla państwa, nigdy nie istnieli. Zazdrość jeżeli istnieje to jedynie doskonale zamaskowana. – Mój brat ma dwie łodzie kanu, a ja nie mam żadnej – powie ktoś z ubogiej rodziny – mój brat pracuje w Wybrzeżu Kości Słoniowej, jest mu tam dobrze, jest bogaty. Ja niestety nie mam funduszy na zakup łodzi, będę więc pracował to może kiedyś kupię sobie łódź. Jeżeli ja będę stary i nie zdążę jej użyć, to wtedy moje dzieci będą pływać – doda na koniec.

Słowa zlepiają się w rytm, wszystko poświadcza o odwadze do życia. Zupełnie jak gdyby tutaj w Moree nikt nie przejmował się przemijaniem, upływem życia.

- Jestem tutaj i robię to co jest dobre dla mnie i dla innych, to takie proste – powie ktoś jeszcze, wracając do rozmowy

Nie jestem w stanie zapytać o to, a co potem? Co będzie jeśli nie kupisz łodzi? Co będzie gdy nie będziesz mógł pracować?

Coś co w Europie zatruwa życie każdego, tutaj sprawia, że ludzie wierzą.

- Wierzę, że tak się nie stanie, wierzę, że czynie dobro, nie pytaj mnie co będzie w przyszłości – rozmówca sam odpowiada na odrzucone w myśli pytanie - wierzę, że przyszłość będzie łaskawa a Bóg będzie dla mnie dobry, przyniesie odpowiedź, podpowie co czynić.

Być może właśnie dlatego, taki sposób spojrzenia na świat, silna wiara popychają ludzi do kościołów w niedziele oraz meczetów w piątek. Celebrują swoją tożsamość i wiarę, świętują. Wszystko tutaj wydaje się dziać właśnie teraz, zabawa w szkole, przeskakiwanie szamba, wyrzucanie śmieci na plażę, drobne potyczki i kłótnie, tolerowanie odmienności charakteru, koloru skóry. Każdą decyzję podejmuje się teraz, za chwile można ją zmienić. Gdy powiesz mi – zrób to dla mnie, niech będzie gotowe na siódmą – ja się zgodzę, że to zrobię na siódmą.

Gdy nadejdzie upał, ja schowam się jednak do cienia. Gdy będę bardzo głodny, jeśli mam za co, to pójdę coś zjeść, jeśli nie, pójdę zdobyć w jakiś sposób fundusze na pożywienie.

W wielki upał nie da się pracować, podobnie nie da się nic zrobić gdy jet się zbyt głodnym. Gdy moje życie może się zakończyć jeszcze dziś – wtedy trudno jest czekać na efekt mojej pracy i zapłatę do jutra. Życie w Afryce jest krótkie, to sprawia, że inaczej się na nie patrzy, inaczej się widzi, inaczej odczuwa.

Tutaj w Moree rozwój postępuje bardzo szybko. Wygląda to tak jakby najnowocześniejsze technologie wrzucać w krainę gdzie żyje się jak powiedzmy w XIX wieku. Mentalność i wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie zderza się tutaj z nowościami ze świata zachodu, jak gdyby ktoś przybył tu z przyszłości i pozostawił po sobie trochę rupieci a teraz przysyła ciągle nowe. Dzisiaj rybak wypływający w morze, jest w stanie zadzwonić do żony aby przygotowała mu pyszny obiad kiedy on powróci. Czas zaczyna płynąć w Moree. Do tej pory mogły tutaj istnieć jedynie pory: pora obiadu, pora połowu, pora wypoczynku, pora nauki – teraz pojawiły się godziny, a pory rozpina się pomiędzy nimi. Jeszcze trochę takich godzin, dni, lat i Afrykańczycy zaczną się śpieszyć, tak samo jak my ludzie Europy – świata nader wyedukowanego, pępka rozwoju – śpieszyć się i zapominać o sobie, zapominać o bliskich, śpieszyć się donikąd, dla zasady zachowania czasu.

Gdy dwa dni temu byliśmy w Cape Coast Castle dowiedzieliśmy się nieco na temat handlu niewolnikami i funkcjonowania fortów, w których przetrzymywano niewolników, dokonywano targu itp. Widzieliśmy komnaty, w których więźniów przetrzymywano w tak dużym tłoku, że na myśl od razu przywołuje to Auschwitz. Wszelkie potrzeby załatwiane na stojąco, marna wentylacja. Z ów komnaty droga powiodła nas do miejsca gdzie dokonywano decyzji odnośnie osób, czy nadają się na niewolników czy też będą zbędni. Tam dziś stoi pamiątkowy obelisk, zarazem ołtarz i zwykły kamień, ale dosyć duży, a dookoła niego kwiaty złożone w hołdzie poległym. - Ołtarz w postaci kamienia, w którym mieszka duch – mówił przewodnik – ludzie wierzyli, że duch, który rządzi światem jest w kamieniu, drzewie, kościach, w morzu czy słońcu. Przewodnik powiedział nam, że dzisiaj ów kamień oddaje cześć tym, którzy trafiali do lochów zamku, nie znając ani chrześcijaństwa, ani innej religii – ale z wielką wiarą w ducha zaklętego w naturze. Dodatkowo spełnia on dziś funkcję przypominającą, dla wielu ludzi, którzy mimo współistnienia z współczesnymi religiami, nadal wierzą w moc takich kamieni.

Zamek zrobił na nie duże wrażenie. Reprezentatywni e ustawione z każdej niemal strony działa i niewinna biel ścian, kontrastowały pod palącym popołudniowym słońcem. Wówczas przewodnik zabrał nas do celi. W celi dla tych, którzy nie chcieli zostać niewolnikami – czyli buntowników – po zamknięciu dzrzwi panowała całkowita ciemność. Sla została tak przygotowana, aby nie było nic widać – absolutnie nic. Pomieszczenie było słabo wentylowane, a do tego ciasne. Ciężko nawet sobie wyobrazić jak do takiej komnaty wielkości, być może 2 na 3 metry pakowano nawet 60 osób i pozostawiano na długo. To długo oznaczać miało, na taki czas, w którym wszyscy albo z braku wody, albo z braku powietrza, albo z głodu poumierają w męczarniach. Na podłodze, na ścianach mogliśmy oglądać ślady wydrapane gołymi rękoma, jakby ślad pozostawiony krzykiem o pomoc.

Na koniec wycieczki przewodnik pokazał nam tablicę z dumnym napisem, o tym aby takie okrucieństwo nigdy już się nie powtórzyło.

Po wycieczce razem z Anią uznaliśmy, że warto było się tutaj pojawić, wydać 7 GHC na możliwość zwiedzania, bo też była to ujmująca i ciekawa wędrówka po historii, nie tylko tej czarnej, ale i tej żywej.

Ghana ma największą ilość zamków, pozostałości fortów utworzonych niegdyś wzdłuż wybrzeża Zatoki Gwinejskiej przez potęgi kolonialne. Stąd właśnie wielu niewolników trafiało do odległej o tysiące kilometrów Ameryki Południowej czy Karaibów. Podobno sama nazwa Karaiby pochodzi właśnie od słów „Carry them behind” w tłumaczeniu : zabierali ich za morze, poza znany im świat.

Wizyta w zamku unaoczniła mi to w jaki sposób Brytyjczycy jak i inne potęgi kolonialne sprawowały organizację światowego wyzysku – to wszystko działało na prawdę i to bardzo długo. Żołnierze brytyjscy, żyjący w zamku posiadali nawet po 15 kobiet, zmuszanych do uległości (to chyba świadczy o tym, że w owym czasie nie uważali oni „tubylców” za istoty odmienne od człowieka). Gdy kobieta zachodziła w ciążę, była wyrzucana poza mury zamku, z nadzieją, że sama zrobi coś z dzieckiem (pozbędzie się go), lub zginie. Zwykle jednak – jak mówił przewodnik – po jakimś czasie ponownie trafiała do zamku, schwytana jako dzikuska. Ów dzieci pochodzące z takich mieszanych „związków”, nazywano tak, aby przypominało to o fakcie. Dla przykładu, jeżeli ojcem był żołnierz o imieniu John, dziecku nadawano imię Johnson.

Niedaleko od Cape Coast znajduje się inny bardzo znany zamek Elmina Castle. Fort ten wzniesiony przez Portugalczyków w 1482 roku, jest najstarszym europejskim zamkiem w tej części Afryki.

Wodami w pobliżu dzisiejszej Ghany władali także Holendrzy, prowadzone byłe liczne wojny o wpływy, jednak to potęga brytyjska zwyciężyła w tym regionie, a Cape Coast stało się wówczas stolicą tak zwanego „slave coast”.

Wszystko tutaj wygląda jak wyrwane z filmu o piratach, otwarty ocean, fale wzburzone, gniewne, silne. Małą łódkę z łatwością roztrzaskałyby o skalisty brzeg lub mur fortu.

Nocny spacer


Morze, znów wzywa mnie, abym je odwiedził. Ruszam prostym odcinkiem w całkowitej ciemności. Tutaj jest naprawdę ciemno, gdyby nie księżyc, który dziś w jakiś nikły sposób wskazuje drogę, byłoby ciężko się przechadzać. Przy drodze mijam otwarte jeszcze sklepiki, uliczni sprzedawcy witają mnie w półśnie. Docieram już do skrzyżowania za którym szum głośno przypomina już o bliskości wielkiej wody. Postanawiam przedrzeć się na plażę pomiędzy łodziami, które majaczą przede mną, a za nimi błyskające promyki księżyca, odbijane od fal. Nagle dziwny ruch gdzieś obok przestrasza mnie, na tyle, że zaświecam latarkę, tylko po to by ją zaraz zgasić. Okazuje się, że niektórzy rybacy używają okolicy plaży do wypoczynku i snu. Tuż obok moich stóp ktoś leży na kocu, trochę dalej śpiący człowiek na koszuli, jeszcze na pustakach ułożonych w sześcienną wieżę wysokości półtorej metra, śpi kolejny rybak. Ręka wisi bezładnie, lecz on spokojnie oddycha. Aby nie razić wypoczywających – gaszę światło i wycofuję się do drogi. Obejdę łodzie łukiem, to nie daleko, ale trzeba uważać aby nie wdepnąć w coś „śliskiego”. Obok tego standardowego obejścia na plażę, ludzie urządzili sobie małe wysypisko, a także ubikację w jednym. Ot, co sprzątać nie trzeba, bo morze zabierze.

A teraz właśnie morze. Siadam na plaży ogarniam początki przypływu. Dziś łodzie są powiązane ze sobą grubą liną, być może spodziewano się dużego przypływu, albo sztormu bo wygląda to, jak wielkie zabezpieczenie po to by nie uciekły.


-------------------------------

Zbliża się czas opuszczenia Moree, być może już w poniedziałek albo wtorek wyjedziemy. Tym bardziej teraz zachciało się nareszcie odwiedzić ruinę Nasal Fort – czyli ów zamek w Moree, który każdego dnia spoglądał na nas ze wzgórza, bacząc na to, co robimy. Niedaleko Moree jest jeszcze inna, lecz podobna osada rybacka zwana Erkon. Z Moree idzie się tam około 20 minut nadmorską ścieżką. Droga ta biegnie zboczem wzgórza, które zaczyna się plażą, skałami, by potem wznosić się wyżej i wyżej, i stromiej. W końcu szeroka dość plaża, a potem skalisty brzeg, w którym wykuto schody – przed oczyma Erkon – miasteczko jak dla mnie nieco „greckie” (czyli takie jakbym sobie wyobrażał greckie miasteczko), osadzone nad wodą, na skałach, wznoszące się coraz wyżej w zakolu półwyspu. Ciasne uliczki, a raczej ścieżynki pomiędzy budynkami, schody, podejścia w górę, zejścia w dół, przejście przez podwórko, przez taras, obok wiata pod którą toczy się pojedynek w „chinczyka”. Teraz łagodnie opadającą ścieżką można powędrować wprost na plac który łączy się z drogą dojazdową, więc do Erkon także samochodem można się dostać. Plac, powiedzmy coś w rodzaju marketu w Moree gdzie życie toczy się non stop, położony jest na pochyłym terenie, który łagodnie obniża się ku wodom oceanu. Tam właśnie widać plażę w oddali, a za wielką wodą kolejny cypel – na nim CapeCoast z zamkiem zawieszonym na urwistym brzegu. Teraz podczas zachodu słońca, który pokrył cały świat różowym odcieniem, kontury palm kokosowych współgrają ze spokojem oceanu. Teraz chciałoby się wypoczywać.


14.02


Byliśmy nocą w Anomabo. Tam jest zamek mniejszy od zamku w Cape Coast, ale za to jaki klimatyczny. Wyobraźcie sobie, że oto znalazł się przewodnik (stał w okolicy zamku, kiedy tam przybyliśmy, a było ciemno), który zażyczył sobie 4 GHC za trójkę obcokrajowców do oprowadzenia (za Johna nie wziął nic) – tak czy owak cena bardzo, bardzo przystępna!

Oprowadził nas więc po dobrze utrzymanym Fort William, forcie brytyjskim. Niedawno jeszcze było w nim więzienie, dlatego dopiero niedawno zaczął on stanowić atrakcję turystyczną. Na murze i basztach leżące gdzieniegdzie zardzewiałe lufy dział oraz armaty na kołach – takie metalowe konstrukcje, w górze księżyc w pełni. Robię więc kilka fotek. Tutaj sytuacja była podobna jak w Cape Coast, stąd również wysyłano niewolników za morze. Jedynie kilkadziesiąt może kilkaset lat temu, w tych murach gdzie teraz wędrujemy dzierżąc w dłoniach lampy naftowe, było tu miejsce kaźni dla wielu ludzi. Tam w budynku wyglądającym jak zwykły dom znajduje się kamienny podest, na którym stawiano niewolnika i zgromadzeni kupcy wybierali, negocjowali i dokonywali transakcji kupna. Trochę jakby w zamku istniał sklep z ludźmi. Ze ściany obok podestu wystaje zardzewiały kawałek metalu, myśl przywołuje od razu koluszko do którego przypinano łańcuch, aby „przedmiot transakcji” niewolnik nie uciekł. Dziwne uczucie stać w takim miejscu, mówię Wam – chyba tak musi się czuć kto ktokolwiek z Niemiec, kto odwiedza obozy koncentracyjne – niczemu niewinny człowiek, a jednak rozwalony przez jakiś wstyd, za to co wyrządzili przodkowie – zupełnie tacy ja ja dziś. Nie pytam więc siebie dlaczego ta się działo? Tak się po prostu działo.


16.02


7.54 znów wstanę jako ostatni człowiek w Moree. Tutaj ludzie nie śpią już od 4 lub 5 i od tamtej pory już działają, załatwiają sprawy, hałasują, śpiewają. Porą na dobranoc, czyli sen jest północ zwykle. Dzieci czasami idą spać szybciej, ale także po północy można znaleźć włóczące się po ulicach i wołające za tobą: - Obruni!

Salisu mówił, że pojedzie z samego rana około 3 godziny, busem do swojej miejscowości Duakwy. – Jedyny czas, gdy w Ghanie nie złapiesz transportu to 1-2 w nocy, w okolicy 3 drogi już wypełniają się tro-tro, które kursują stąd-tam i z powrotem, na wielu trasach, aż do późnych godzin nocnych, wówczas jest najchłodniej – mówił.


17.02


Jest poniedziałek, leżę wygodnie pod moskitierą. Pranie zrobione rano (oby wyschło do następnego dnia – czasem mimo upału, wilgoć unosząca się w powietrzu uniemożliwia ciuchom wyschnięcie). Jutro ruszamy w drogę do Duakwy, właśnie do naszego koordynatora i kierownika fundacji w Ghanie. Przed nami więc nowy dzień, jakże odmienny od każdego z dni w Moree, jakże odmienny od każdego z dni w Europie. Coś nowego...zobaczymy co.

Teraz dookoła, wszędzie, wiele, zbyt wiele – słychać kumkanie, rechotanie, świergotanie i chrumkanie żab. Są zbyt głośne, zbyt wszechobecne – ludzie mówią, że te żaby nie są duże, my sądzimy, że to potwory z kosmosu. Drą się straszliwie, tak głośno, że w domu musimy rozmawiać z podniesionymi głosami. Wczorajszej nocy zaczęły swój już nie kameralny koncert, lecz pokaz fajerwerków, więc nie spałem połowy nocy – dziś obawiam się powtórki, są okropne – ach, gdzie podziewają się boćki?


18.02


Ba_baj Moree!

Dziś dzień, w którym opuścimy Moree, czas udać się na krótką podróż po Ghanie by zobaczyć więcej. Jednak teraz smutno jeszcze bardziej, człowiek musi zostawić wszystkie te uśmiechy za sobą, powiedzieć – Ba_bay! Trzeba zostawić wszystkich energicznych ludzi z ich sprawami mniejszymi i większymi, z ich zwyczajowym prawem, z tym co zostało do załatwienia wybranym koordynatorom fundacji. Więc ba_baj Moree! Jedziemy do Duakwy!


(ba_baj, ba_bay – piszę tak, bo tak właśnie wołają dzieci – babaj! Do zobaczenia! Baybay!


'Kris Jurusik styczeń/luty 2009