16. 01 - Wyładowaliśmy w stolicy Ghany

Podróż się udała. Tak blisko do Afryki, a wydawało by się, że to kontynent odległy o galaktykę, ot, parę godzin w samolocie.

Lot z Londynu był przyjemny, linie lotnicze Afriqiuyah dość komfortowe.

Z lotniska w Akrze odebrał nas Lucas- mieliśmy mnóstwo bagażu, bo mogliśmy przewieźć na głowę 20 +20 kg. Przyleciały z nami książki do biblioteki a one ważą.
Pierwsze wrażenia -Accra nocą. Uderzenie ciepła, pomimo późnej pory, wylądowaliśmy o 22.30, na ulicach mnóstwo ludzi. Krajobraz tego miasta charakteryzował mały chaos architektoniczny, wszędzie niedokończone budowle, brud na ulicach, plastik plastik plastik. Ponieważ nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać, nie można powiedzieć, że byłam zaskoczona.

Lucas pomógł nam przewieźć rzeczy do jego małego mieszkanka. Taksówkarze walczyli o swoich potencjalnych klientów, a pomocników do przeniesienia bagaży pojawiło się przy nas w jednym momencie kilkunastu. Zostało dwóch najbardziej zmotywowanych.

Zanim padliśmy poukładani jak naleśniki na podłodze u Lucasa, uraczyliśmy się w przydrożnym barze orzeźwiającym piwkiem Star.

Reggae na ulicach i panika w naszych oczach w reakcji na pierwsze ugryzienia afrykańskich komarów ...


18.01.09 Niedziela.


Dla nas bardzo zajęta. Ale muszę wrócić do dnia wczorajszego.

Po miłym śniadanku z Lucasem, jajka plus kawa (oj zmoro, czy prawdziwej kawy napiję się dopiero po 1,5 miesiąca? Tu w ogóle nie pija się kawy, jest Nesca a miejscowi piją Milo -kakao,
nic dziwnego, skoro Ghana jest jednym z największych na świecie jego producentów.
Tyle, że Milo, to produkt Nestle. Wcale nie afrykański...)
A więc po smacznym śniadaniu i parogodzinnym czekaniu na Salisu w klimatyzowanym :) biurze u Lukasa, udało się wyruszyć w stronę Cape Coast. Te 150 kilometrów jechaliśmy w żółwim tempie. 5 osób w taksówce, w gorącu, po przygniatani rzeczami, które nie weszły do już nie domkniętego bagażnika. Sam wyjazd z Accry okazał się trudny, korki, światła, setki samochodów.

Dziesiątki sprzedawców przeróżnych rzeczy, którzy nie przekrzykując się, nie przepychając, oferowali owoce, wodę w woreczkach, ciuszki i przeróżne szmaty.

Na całej długości trasy liczne straganiki, dziewczęta, karmiące matki, dzieci chroniące się przed upałem pod deskami sklepiku, nie śpiesząc się, lub śpiąc gdzieś w pobliżu, zarabiają na codzienne życie- życie z dnia na dzień. Oczywistość tych różnic między Afryką a naszym szybkim światem, nie zagwarantowała braku mojego zdziwienia.
Dziś wstaliśmy bardzo wcześnie, wbrew potrzebom. Od razu zaczęliśmy nie po afrykańsku, biegiem, bo do załatwienia tyle spraw!


Ziemia.
Mamy gotowy projekt zagospodarowania terenu. Budynek szkoły, amfiteatr, klimatyczne domki dla wolontariuszy, coś w rodzaju kafeterii- klubu Freespirit w kształcie latarni morskiej. Brzmi wspaniale, wspaniale też będzie móc zobaczyć to w rzeczywistości. Na razie trzeba wyrównać teren, pozasypywać dziury, które okazały się być... grobami (szczegół) a cała ziemia byłym cmentarzem.

Spotkanie z architektem.

Było pomyślne, zobaczył na żywo teren i na pewno zaangażuje się w pomoc. Jutro z kolei z samego rana będziemy prosić o wsparcie geodetę, do profesjonalnego i oficjalnego wymierzenia działki i wyznaczenia jej granic.

Biblioteka.

Bardzo przyjemne i czyste pomieszczenie, półki, plakaty, wszystko posegregowane dziedzinami nauki. Z liczbą książek nieco gorzej, ale wypakowaliśmy kolejne dwa kartony dostawy. W bibliotece spotkaliśmy się z dyrektorem szkoły Knight Bridge.

Fundacja nawiązała kontakt i współpracę z prywatnymi szkołami języka angielskiego w Polsce. Będzie można już w niedalekiej przyszłości angażując pieniądze zbierane w jej szkołach, wspomagać pierwsze lata nauki nawet setkom dzieci.

 

Musimy się spieszyć z koordynacją działań, co nie jest wcale łatwe. Tutejsi nauczyciele nie są w większości wykształceni i nauka dzieci często nie przynosi efektów nawet po 5 latach nauki. Istnieje również dysonans między poziomem dzieci a oczekiwaniom jakie mamy w stosunku ich rozwoju. Na początek, żeby w ogóle móc zacząć działać, należy wyznaczyć konkretne dziecko, które mogłoby uczestniczyć w projekcie. Zakładając ciągłość jego nauki, powinno ono być z klasy 0 lub 1. Nie oznacza to jednak, że 12 latek w tej szkole jest na dużo wyższym poziomie niż ten pierwszoklasista. Znając naszą, polską czy europejską rzeczywistość wydaje się być to łatwe. Nie tu. Salisu, jeszcze w Sommo Guest House zapytał nas ile mamy lat. Nie dla swojej informacji, lecz po to by unaocznić nam jak trudno jest stworzyć listę dzieci dla potencjalnych sponsorów, kiedy nawet nie potrafimy określić wieku dziecka. Salisu w dokumentach ma 24 lata, co na pewno nie jest prawdą. Rodzice, którzy mają liczne potomstwo, bez znajomości cyfr, kalendarza, nie będą znali roku urodzenia ich dziecka. Mogą jedynie skojarzyć to wydarzenie z czymś konkretnym, co wówczas się wydarzyło. Natomiast imię na pewno pomoże w jednym- tutaj często nazywa się dzieci od dnia tygodnia, w którym przyszło na świat.

Miło mi, jestem Efua


Moree.

Tak, to jest Afryka, którą sobie wyobrażałam. I stopniowanie wcale nie pomogło pozbyć się pierwszego szoku. Duża wioska, czy raczej miasteczko, ciasne, budynek na budynku, dzieciaki wałęsające się w swoich lumpeksowych, za dużych, brudnych ciuszkach, w towarzystwie sióstr, braci, wszędobylskich kóz i reszty zabiedzonego inwentarza. Nierówne drogi z czerwono brudnej ziemi, poprzecinane kanałami, śmieci walające się wszędzie, gdzie tylko rzucić okiem, straganiki z kilku niedbale zbitych desek oferujące lokalne jedzenie. I ten koloryt. Słońce, którego żar przyćmiewa pomalowane mury domków, wędzarni ulepionych z gliny. Drgające powietrze rozmazuje tą wielką przestrzeń zabudowań, stopioną z dalekim za horyzont oceanem.



20.01.09


Trochę posunęliśmy się do przodu. Choć w głowach wylęgają się nowe pomysły, to muszą na razie poczekać aż wcześniejsze ruszą z realizacją. Przedstawiciele Rady Miasta postawili kamień węgielny pod zabudowę- był to kawałek starej cmentarnej płyty, ale musimy się spieszyć z wyrównaniem terenu, by pokazać, że zamierzamy zacząć pracę. Architekt wniósł poprawki na projekcie. Byliśmy w jego sympatycznym mieszkanku w na przedmieściach Cape Coast.

Pracuje w nieco innych warunkach niż polscy nieźle zarabiający specjaliści w tej dziedzinie...

No i pani Krystyna obiecała mu przywieźć jakieś porządne narzędzia pracy.


Czy mogłabym tu żyć? Ludzie wydają się być wspaniali, ale to może złudzenie, bo każdy wita białego człowieka. Cudowne i kochane dzieciaki nie przestają chodzić za nami powtarzając OBRUNI how are you? To prawda, że im więcej masz, tym więcej masz problemów, ale to właściwie po co tu jesteśmy? Mam skrajne odczucia. Czuję się wspaniale wśród ludzi, głośnej muzyki. Byliśmy w okolicy domu Malaiki- akurat grupa dzieci odbywała próbę tańca afrykańskiego. Cała sąsiedzka komitywa skupiła się na małym podwórku, dwóch mężczyzn i chłopak grali na swoich drumach żywiołowy rytm a czwórka dzieci dało taki popis...Trudno opisać, ale włożyły w to wielki wysiłek, pracy, ćwiczeń i umiejętności! W takich momentach, kiedy atmosfera porywa...jest wspaniale. Ale. Chodzę, przypatruję się ludziom i myślę, czy to jest to?


(...)


23.01.2009


Dyskusje w domu. Szukamy kogoś odpowiedzialnego na funkcję lidera- koordynatora.

Dwa punkty widzenia- Salisu i Nany, czyli debata na temat szkolnictwa prywatnego i publicznego. Nana- związany z myślą, że szkoły publiczne maja większą szansę na dotarcie do dzieci, bo są non profit i skupiają się na idei edukacji, natomiast szkoły prywatne, zarabiając na czesnym, prowadzą biznes, z którego czerpią zyski.

Salisu, który dobrze zna rzeczywistość, sam związany z Fundacją, prowadzi koordynację jej funkcjonowania w ogóle, jest odwrotnego zdania. W Moree 3 szkoły publiczne przyjmują ogromna liczbę dzieci, wiadomo, że z ustawowego obowiązku, klasy są przepełnione, zajęcia prowadzone są i rano i popołudniu. Teoretycznie łatwiej jest zadbać o edukację dziecka w momencie gdy nauczyciel poświęci mu indywidualnie więcej czasu. Zwróci uwagę, bo zauważy indywidualne potrzeby danego dziecka. Oczywiście, to nie jest takie proste, bo prywatne szkoły ze śmiesznie małym fee też niewiele mogą zrobić, nie mając warunków do nauki, a za to kiepskich nauczycieli bez wykształcenia. Z punktu widzenia Fundacji współpraca ze szkoła prywatną jest możliwa, gdyż wspierając finansowo taka placówkę, możemy liczyć na więcej i wymagać.
(...)


24.01.2009


Dzisiaj wszyscy źle się czujemy- dziwnie odczuć zmiany w diecie dopiero po tygodniu..

Poza tym pogoda dziś była wyjątkowo chłodna, dla mieszkańców - zimno! Oczywiście grube ubrania nie wyszły z szafy, bo to nie ten rodzaj chłodu :)
Sprawy Fundacji.

Oj wiele ich. Te nowe pomysły trzeba wpisywać na listę, by nie umknęły. A stare ciągle nie zrealizowane Bo to nie jest takie proste. Kolejny raz widzieliśmy się z architektem. Tym razem z innym- Aleksem. Stary okazał się być jedynie kreślarzem bez papierów niezbędnych do zatwierdzenia projektu oficjalnie...trochę ręce opadają, bo z kolei usługi normalnego architekta są o wiele wyższe niż zakładaliśmy. Jest tez idea by przy budowie wykorzystać inne nowatorskie materiały, np. ...worki z ryżem. Trudno to opisać, ale łatwo sobie wyobrazić budyneczek zamiast z cegły to z wypchanych po brzegi 25 kilogramowych worków z ryżem :) Widzieliśmy takie w Internecie, a więc jest to możliwe!


Byliśmy w Moree Beach Resort i w końcu zobaczyliśmy Ocean! Przy stoliku, między projektami Centrum rozstrzygały się ważne kwestie a ja tylko marzyłam by zniknąć na 5 minut nacieszyć oczy...No i uciekliśmy, fala trochę nas zmoczyła, bardzo profesjonalny wygląd :) Ale przecież to nie był biznesowy lunch tylko ghańskie nie do końca dograne spotkanie, więc oblepione piaskiem sandały i mokre spodnie- nikt nie zauważył ;) To był najprzyjemniejszy moment z całego dnia.

Ale jutro też odwiedzimy to miejsce, w dodatku będą drumy i gitara, wspaniale! Planujemy spać na plaży..


W naszym mieszkaniu kolejny raz wałkujemy problemy organizacyjne.
Trudno stworzyć struktury od samego początku. Wyznaczyć role, powołać koordynatora i osobę, która będzie go kontrolować. Jak w tych warunkach wybrać odpowiednią rodzinę i dziecko, by móc mieć nadzieję, że zaistnieje sprzężenie zwrotne?
Ziemia, jak już wcześniej wspomniałam jest starym cmentarzyskiem.. Oj, odczuwanie przemijalności czasu tez różni się od naszego.. Okazuje się, że 15 lat to dla mieszkańców Moree szmat czasu, ale czas tam nie końca zatarł ślady ..Znaleźliśmy czaszkę i jakieś kości w otwartych grobowcach. Nie chcę wiedzieć co odkryje ziemia, gdy wejdą ciężkie maszyny.

W centralnym miejscu zarośla odsłaniają płytę cmentarną- jak katafalk, z dwoma rzeźbami lwów strzegącymi dostępu do spoczywających w nich ludzi. Jutro musimy poszukać przedstawicieli Elders- Rady Starszych, by wyrazili swoją opinię na temat prac, które zbezczeszczą spokój tego miejsca. Chcemy wydobyć tą szczególną płytę z lwami i stworzyć jedno symboliczne miejsce pamięci. Przekonamy duchy o dobrych intencjach...


Nocna wycieczka po Moree. Scenariusz jak z filmu. Szkoda, że nie było więcej świateł, choć te marne płomyki świec kołyszące się gdzieniegdzie obok zgromadzonych ludzi, tworzyły niesamowite wrażenie I tak ta magiczna atmosfera rzuciła chmurny obraz, zmieniając ją na straszną. Ruiny twierdzy Nasau, wzburzone morze, morze łodzi rybackich tonących w śmieciach ....


25.01.2009


Wspaniały dzień. Plaża, gitara, bębny, tańczące dzieci, ich buziaczki umorusane w piasku. ..

1. Sprawy biblioteki na tapecie. 2. Zalążek nowego projektu - dzieci nie chodzące do szkół ich zajęcia w bibliotece.

Nana - nowa twarz w Fundacji.


26.01

Dużo spraw, kolejne, milionowe spotkania, następna odwiedzona szkoła - Star of Hope.


28.01

Szybko mijają te dni. Późno idziemy spać- jak mieszkańcy i nasi głośni sąsiedzi, wcześnie wstajemy, jednak później niż oni...

Ciągle mamy gości. Dzieci przychodzą regularnie na trzy posiłki dziennie, bo przecież obruni przyjechali nakarmić "głodujących" i tym sposobem jemy mniej niż oni :)))
To wszystko tworzy razem na razie trudną do objęcia rzeczywistość - wciąż za wczesną na ocenę. Ale czuję się szczęśliwa w ten sposób spędzając dni, które nie są sobie podobne.

Afrykańska codzienność przysparza ciągle nowości..
Poranki są mniej przyjemne od długich wieczorów. Nie mam czasu na tęsknoty a może tak potrzebowałam oddechu i czasu dla siebie?

No i gnamy znowu do Cape Coast...


Czy to miasto w ogóle idzie spać? Interesująca rozmowa z Naną. Mówiliśmy o naszym świecie, on opowiadał o swoim. Wierzenia, tradycje, czary. Myślimy podobnie, znamy te same legendy. Ale czas tutaj nie nadążył zacierać ślady przeszłości, pomieszał dawne historie z filmami video i wyszło na to, że wampiry istnieją, po europejskich miastach śmiało maszerują centaury z liliputami pod rękę a w morzach nadal żyją syreny.
Ludzie boją się, że biali są wysłannikami jakichś nieczystych sił, które tu przecież, wydaje się, że bardziej niż u nas, wrysowują się w lokalny koloryt. Podobno tutejsi biznesmeni pertraktują z duchami i doradzają się ich w sprawach interesów.
To nie to samo co wizyta u wróżki..
Istnieje książka, muszę dopytać jej nazwy, którą gdy czytasz, porozumiewasz się z duchami, wychodzisz z ciała, ale to chyba nie ten sam rodzaj duchowej wędrówki co ten osiągany przez buddyjskich mnichów.
Jednak w tym całym dziwnym świecie, logika wyboru okazuje się być ta sama.

30.01.2009


Internet- po prostu nie mam cierpliwości i chyba się nie nauczę nigdy... nawet afrykański luzzz ... nie pomaga gdy PIĄTY raz usiłuję pisać tego samego maila.

A w głowie mam bałagan od niepoukładanych spraw. Już inne plany, już zmartwienia, niepotrzebnie. Trzeba żyć chwilą, ale trzymać ją na smyczy, by za bardzo nie pociągnęła w wir tu i teraz. Tu tu i teraz, tu tu i teraz...


A ludzie pokazują swoje oblicze. Czasem można stracić chęci i determinację.

Za mieszkanie, które wynajmujemy, zapłaciliśmy na początku przyjazdu 50 GHC za cały miesiąc.

A dziś przyjechał jego właściciel, którego jak nam się wydawało, poznaliśmy pierwszego dnia w Moree...

To nie tylko nie była ta sama osoba, ale również, właściciel - wujek Ben -był tak wspaniałomyślny, że oddał swoje lokum za darmo dla wolontariuszy...

To w ogóle pierwsza osoba, która wykazała zrozumienie naszym staraniom i niczego nie oczekując w zamian- obiecała pomóc i radą i życzliwością.
Doradził nam w sprawie cmentarza- żeby urządzić symboliczną ceremonię, i w sprawie Elders- by urządzić oficjalne spotkanie wraz z przedstawicielami (wielu) kościołów. Moglibyśmy wówczas zaprezentować nasza misję i przybliżyć wszystkie projekty.



31.01.2009


Wieczór w Cape Coast i klub Oaza nad Oceanem- Kofi- instruktor muzyczny fundacyjnych dzieciaków - dał niesamowity popis swoich umiejętności. Jest po prostu nieziemski. Występował zespół Freespirit i znowu miłe rozczarowanie - dzieci są naprawdę dobre!

Przede wszystkim była fajna wakacyjna atmosfera, świetna muzyka i popisy bębniarskie na światowym poziomie!

Ale to nie koniec. Otóż burza :) Nigdy w życiu nie spodziewałam się tutaj- teraz- deszczu!
Pojedyncze krople i...niebo zwariowało. Ulice Moree popłynęły, hucznie bawiący się goście na kilku pogrzebach jednocześnie - pouciekali pośpiesznie a ja zachwycona, co prawda na balkonie, ale gdyby pewne normy i jakiś jednak poziom piwa w organizmie- z pewnością oddałabym się przyjemności chodzenia boso w tym błocie, glinie, gęstej ulewie. A krople cięły niczym wstrętne i krwiopijcze komary.

                                                                                                   

01.02.2009

Kolejny miły dzień. Zakupy, piknik dla dzieci, spotkanie w bibliotece i milion nierozwiązanych spraw. Ocean.

Sępy rozrywające ciało wyrzuconego na brzeg psa. 

Afrykańskie jedzonko z jednej miski -jam.

Wysokie fale, wspomnienie śmierci, wyzwanie rzucone Bogu czy sobie?
Mogłabym przemyśleć, położyć na szali każdy poranek zrodzony z rozpaczy z takimi wieczorami, czy równoważy się, co przeciąża?

02.02.2009, już trzeci poniedziałek


Usiłujemy doprowadzić do realizacji spotkanie z duchownymi i radnymi miasta. Do listów - zaproszeń wkradły się błędy, nasz angielski (!) więc zaraz z rana pojechaliśmy je poprawić, by potem Amina mogła je roznieść. Okazuje się (a raczej się okaże), że większość powinna dopisać. Niektórzy już, jak wynikło z relacji Aminy, nastawieni są na żywą dyskusję. Dobrze, aby posłużyło to sprawie, a nie jedynie lokalnemu poruszeniu.
Biblioteka.
Tego typu zajęcia nasuwają wiele pytań. No i wątpliwości. Niektóre dzieciaki nie reprezentują żadnego poziomu. Trudno określić czy są w 1 czy 3 klasie, tylko wyjątkowe dzieci można poprosić o wykonanie zadania innego niż to, które wykonywało w szkole. Rzadko które potrafi czytać i rozumieć tekst. Umiejętności plastyczne też pozostawiają wiele do życzenia. Oczywiście to nie jest wina tych dzieci, po prostu widać kontrast. W domu nikt ich niczego nie uczył, dom nie posiada warunków, by przechowywać przybory szkolne, nawet by odrobić pracę domową dziecko musi szukać miejsca, np. w barze przy normalnych stolikach.
Syzyfowa praca- uczenie szanowania książek, odkładania ich na miejsce, umiejętnego odwracania stron.. Ale - być może żmudną pracą uda się wprowadzić zmiany. I tu nasuwa się kolejne pytanie- kto ma je wprowadzać? Nauczycielowi też należy zwracać uwagę, sami nie są odpowiednio wykwalifikowani by nauczać i dawać dobry przykład.
Nieraz z Krzyśkiem zastanawialiśmy się nad celowością naszej pracy. Przecież nie można nikogo uszczęśliwić na siłę, co więcej nikt tu nie prosi o szerzenie oświaty, dorosłych rodziców długo można przekonywać, że dziecko powinno chodzić do szkoły- po co ma wg nich tracić czas, skoro może w tym czasie pomóc zarobić pieniądze albo ukraść na obiad rybę (teraz widzę, że to dobry argument) Złoty środek...Tylko jak go osiągnąć?


04.02.2009


Odgłosy ulicy oraz inne czynniki czyli dlaczego nie da się wypocząć po upalnym i męczącym dniu :


- wieczorny chłód nie gwarantuje, że powietrze przestanie oblepiać ciało lepka wilgotnością

- komary- nie istnieje środek, który je odstrasza. Śpię pod moskitierą, która odgradza mnie od owadziego świata.

- nowy lokator- właściciel mieszkania śpi na naszym balkonie i nie krępuje się głośno dyskutować z sąsiadami od godziny 5 rano

- zwierzęta- też nie znają odpoczynku- więc głośno gadają w ghanijskim dialekcie swoje miał, hau i kukuryku :)

- dziwne obyczaje religijne stu różnych wyznań. Pogrzeby trwające po 3 dni, kapłani, szamani wyśpiewujący zdaje się że pod naszymi oknami zawodzące pieśni, egzorcyzmy? Spirytystyczne praktyki? Przekleństwa? Codziennie od 2 rano razem z tym kapłanem modlimy się, bynajmniej nie w skupieniu...


6.02.2009 piątek


Wszystko jest dla mnie zastanowieniem. Dziś czuję jakbym zaczerpywała powietrza lub smakowała świat po raz pierwszy. Proste stwierdzenia. Czyste intencje. Podstawowe potrzeby. Brak skomplikowania i łatwe wybory. Czy nie tak wygląda idealna dla mnie rzeczywistość?

Wykluczająca pośpiech, niezaplanowana. Czy potrafiłabym rozbić hamak między plamami, obok położyć plecak i nie czekać na nic, na jutro? Normalnie dodałabym na jutro, które może nie nadejść. Tu też śmierć istnieje, grozi koniec świata. Ale spokój jest większy a pogodzenie tak jak świadomość tego - silniejsza. Tak dobrze nie wiedzieć co słychać, nikt nie wymachuje rękami z ekranu telewizora. Bo cała reszta biegnie wprawiając w ruch Ziemię a my tu stoimy, mur w mur z kontemplacją.


8.02.2009 Niedziela


1.Kończymy sprawy

2.Jeszcze raz wrażenia

3.Zamek w Cape Coast

4.Co zamierzamy



Plaża, morze wzburzone i niebezpieczne fale- tutaj widać co to piana morska, można by ją spijać podaną w muszli, gdyby nie te szczątki cywilizacji wypluwane na brzeg.


Zamek w Cape Coast.
Wczorajszy gorący, upalny dzień zdominowała wycieczka, i opłacało się wycisnąć z siebie siódme (dwunaste!) poty, bo zrobiła ONA NA MNIE PIORUNUJĄCE WRAŻENIE.

Czym się różni niewolnictwo od holokaustu? Na murze widnieje tablica upamiętniająca ludzkie istnienia, ku pamięci, by się nie powtórzyło...

Brak słów na jakie okrucieństwo stać człowieka i jakimi motywami się kieruje, jakimi je tłumaczy. Cela skupiająca kilkadziesiąt osób, bez dostępu do powietrza, wody; wpuszczano do niej światło w momencie kiedy ostatni człowiek ku nim podążył.
Poczekalnie dziesiątkujące ludzi, osobne pomieszczenia dla kobiet i mężczyzn, kobiety gwałcone, porzucane dzieci tych samych ojców, zabijane dzieci.
Drzwi bez powrotu. Setki armat, białe mury złotego wybrzeża i fale rozbijające się o jego szkieleci brzeg...

Krzysiek zapisuje tyle konkretów, słowa w fante, dokładnie opisuje zwyczaje, zna ceny, ludzi a ja chłonę, chłonę chłonę a morze wciąga mnie w wir wydarzeń skupionych w głowie.
Wiecznie w chmurach zawieszona, oj, niedobra ze mnie dziennikarka ...


Dziś niedziela i znowu- tradycyjnie- byliśmy na plaży. Ocean wciąga..
John miał nam pokazać lagunę, ale nie dotarliśmy do niej. Sama droga okazała się interesująca. Niedaleko od Moree Beach Resort istnieje mała wioska- uroczo położona, z jednej strony ocean, z drugiej rzeka, do której przelewa się morska woda. Palmy, gliniane chaty, wszędzie zwierzęta i dzieci, na brzegu kanu odpoczywające po nocnej pracy, maleńkie rybki wysychające na palmowych liściach. Laguna- nie wiem gdzie w końcu się znajduje, ale jeśli dobrze zrozumieliśmy to należało przepłynąć do niej rzeką. Leniwą, prawie stojącą wodę, w korycie szuwarów i plam.

Ciekawi, wypatrywaliśmy krokodyla i to nie naiwnie. Kiedy mieszkańcy dowiedzieli się, że chcemy przebyć wodę- chwycili kaczkę, by ją zabić i wrzucić do rzeki. Na żer krokodylom!

Hi hi - nie wiem, czy dobrze zrozumieliśmy ich intencje, ale kaczka przeżyła.

A nam do dobrych wrażeń wystarczyło lazurowe morze.

19.02.09 Poniedziałek


Powoli zbliża się koniec. Trzeba zbierać ostatnie wrażenia, najlepiej w garście.
Pogubiłam się w czasie, ale to chyba ostatni tydzień tu w Moree. Następnie jedziemy na Północ, nie wiem jeszcze czy dotrzemy do Burkina Faso, ale raczej wątpliwe. Odwieziemy Panią Krystynę jak najdalej, by wrócić na czas do Akry.

Z fundacyjnych spraw- staramy się zakończyć wszystkie rozpoczęte projekty. Piszemy więc regulaminy, zasady, ustalamy obowiązki każdej z osób koordynującej dany projekt. Jest to dość trudne, jak popatrzymy wstecz, jak trudno to wdrożyć w życie.

We wtorek kolejne spotkanie z radą starszych- już w węższym gronie i będziemy rozmawiać tylko o kwestii ziemi.

Ciekawy miejscowy zwyczaj- szkoda, że wcześniej nie dowiedzieliśmy się o nim :) Każdy może odwiedzić cię w domu bez zapowiedzi (tak, znamy z autopsji), ale by wyjść musi poczekać na pozwolenie! I jak tu się połapać, co wypada a co jest niewybaczalnym błędem.

Niesamowity wieczór!

10.02.2009


Był niesamowity, ale równie męczący, dlatego nie skończyłam wczoraj go opisywać.

Dziś zostałam w domu, bo nie czuję się najlepiej. Jestem potwornie słaba i ledwo łażę...

A wczorajszy wieczór...
John nas zabrał do zamku Anomabo. Było już po zachodzie słońca i nie bardzo wierzyłam czy jest sens a dziś tylko żałuję, że nie wzięłam aparatu. Jechaliśmy w chłodzie, księżyc odbijał krwawy kolor zachodzącego słońca. Przedmieścia tych wszystkich wiosek tak intensywnie żyją. Ludzie tańczą, straganiki są pootwierane długo, pewnie do 22-23 w nocy, wszędzie pełno dzieciaków bawiących się w ciemnościach, zwierząt jak wszędzie.
Zamek obeszliśmy z lampami naftowymi. Pomyślałam- ale ze mnie szczęściara, rzadko się zdarza taka strawa dla ducha- smakowity kąsek dla zmysłów. Zamek przetrzymujący hordy niewolników, stare, zatęchłe mury ciasnych pomieszczeń, nietoperze obudzone słabym światłem i ten zapach mieszający się z wonią oceanu, zapach ciepła lampy, powietrze drgające, rozmazujące oblicze księżyca. Czy to pełnia?
Niespokojny ocean podrywający stojące na brzegu kanu, dzieci niezmordowanie radosne w ciężkich falach odbywały wieczorną toaletę.
Czy byłam tam kiedyś? Chodziłam wysokim murem z lampa oświetlając drogę, wśród niszczejących armat- tak spokojnie znosząc to miejsce niewoli. Trudno się rozstać z takim obrazem, noc w takim miejscu? To już szczyt doznań...

Wracając odwiedziliśmy rodzinkę Johna, w Moree też jest tak głośno, ale Anomabo żyje jeszcze intensywniej. Na podwórku u wuja wypiliśmy zimne piwo w towarzystwie tuzina dzieciaków i członków rodziny. Mamy zaproszenie na niedzielę, jeśli przyjedziemy na 5 rano- zobaczymy jak wypiekają chleb.
Potem jeszcze Cape Coast i kafejka internetowa, wysłaliśmy do tłumaczenia wszystkie spisane wcześniej regulaminy.
Na kolację załapał się jak zwykle jakiś młody człowiek, przyniósł parę muszelek i został na kenke i wędzona rybę. Obiecał wrócić z większymi okazami :)
Zmęczona, ale sen nie dosięgnął mnie zbyt szybko. Paskudna choroba. Chyba nic dzisiaj nie zdołam zrobić.

(..)
Spotkanie z Radą Starszych. O! Coś się ruszyło! Od razu inna rozmowa niż z urzędnikami. Zobaczymy jutro tą alternatywna ziemię no i podejmiemy decyzję wyboru. Podobno to oni decydują o wszystkim. Jak szybko dostaniemy prawidłowe dokumenty? Chciałabym to zobaczyć..


12.02.


Jutro debata a mnie coraz ciężej się myśli nie mówiąc o jakiejś kreatywności. (...)
Kończmy nieskończone sprawy i nadal końca nie widać. W poniedziałek, mam nadzieję, wyjeżdżamy z Moree. Dwa tygodnie do odlotu.


13.02 piątek


O 14 była debata. Oj, znaczy miała się odbyć. Ludzie zaczęli się schodzić o 15.30 i nikogo z nas to specjalnie nie zdziwiło. Zebrało się sporo osób, siedzieliśmy na placu w dużym czworoboku, byli przedstawiciele Rady Starszych, mnóstwo dzieci, społeczności okolicznych domów; przemawiał Salisu, Nana; Fundacja zaprezentowała swoje plany odnoście budowy Centrum. 

15.02


Różnice w tradycjach i zwyczajach sprzyjają samym problemom. Kolejny raz widzimy skutki tych rozdźwięków. Napisaliśmy porozumienie dla Elders. Chcemy być przekonywujący i jednoznaczni, żeby nie dać się oszukać. Bo naprawdę czasami trudno wierzyć komukolwiek. Zobaczymy jakie są ich intencje...Jednak dla uczciwości trzeba dodać jakie są ich tradycje. Otóż tutaj ziemia nie należy do państwa, wszystkie tereny są w posiadaniu ludzi i to oni- reprezentowani przez tradycyjną radę starszych, decydują o jej przeznaczeniu. Rada posiada reprezentantów - trójkę najważniejszych jej członków, w tym króla. I tu zaczynają się same interesujące kwestie. Żeby cokolwiek załatwić z Elders, czyli zmusić ich do ruszenia się z miejsca- dosłownie- należy się im wynagrodzenie.
A nie muszę chyba wspominać, że afrykański czas leci w specyficzny sposób, czyli wolniej.

Tak więc załatwiać jak i płacić można by w nieskończoność. Obawiam się, że trudno nam będzie porozumieć się w oparciu o nasze warunki. I niekoniecznie musi to wynikać z ich złej woli. Nasze całkiem odmienne światy nie mieszczą się w galaktyce jedynie nam potrzebnych formalności..

Co poza tym? Oczywiście nie zdążymy wyjechać jutro.

Mam nadzieję, że będzie to wtorek Ale kto to może przewidzieć. Oznacza to tyle, że wracam zaplanowaną drogą do domu. Accra- Trypolis- Londyn- Katowice. Cieszę się, bo zobaczę się z przyjaciółmi, moje myśli krążą wokół...ogórkowej :) Ale jaki będzie ten mój powrót do rzeczywistości?(...). Praca, o które nie mogę powiedzieć, że wymarzona. Czekanie na weekendy. Zima w pełni. I gdzie tam do lata?
(Jak żaby mogą wydawać tak KOSMICZNE dźwięki?!)

Czy będę tęsknić do tego miejsca? Miasta, które nie zna zmęczenia, mimo upału, oblepiającej wilgotności, tańczącego, szczerego. A może odetchnę w chwili, gdy zatopię się w szarościach mojego świata. Nikt nie wytknie mnie palcami a maje popielate włosy przyprószy obojętny rzadki śnieg. Nie mogę dać się melancholii. Trzymać chwilę, nie pozwolić jej uciec, serca nie zasłaniać cieniem smutku i tęsknotą. Marzyć, marzyć, marzyć. I drogą żyć, nawet gdy cel nie określony, szczyt nie nazwany.

 

25-02 środa


Siedzimy na plaży. Ocean miło orzeźwia, wiaterek głaszcze skórę. Ostatnie chwile spędzimy oddając się relaksowi. Przypomina się wiele nie opisanych sytuacji, ludzi, ciekawostek- szczegółów, które za chwilę przepadną na zawsze w zakamarkach niepamięci.
Ludzie- chyba najważniejsi, ale i miejsca. Zatrzymane chwile, uparcie powtarzane w myślach- echem odbite- jak wspomnienia. Noc na zamku w Anomabu, pierwsza burza w Moree, spacer do wodospadu Wli, koncert w Oasis- i jeszcze, jeszcze, jeszcze.
Niedziele spędzane z dzieciakami na plaży, wspólne posiłki dzielone między kolejnych gości, kolacja u Silasa, fish soup u Kamermana, jedzonko w domu Malaiki. I nasze wspólne gotowanie w niebezpiecznym dla życia ricecookerze.

Bary. Sea Wiew, u Baraka Obamy, Moree Beach Resorte, Oasis, u Small Liona.
Posiłki- prawie zawsze fried rice z kurczakiem. Piwko Star, Club, Castle.

Zwyczaje, o których prawie nie pisałam, a to temat rzeka. Zasada prawej ręki. Witasz się, przedstawiasz, jesz- zawsze prawą ręką. Lewa służy do mycia i kojarzona jest z brakiem szacunku, kiedy celowo używasz jej wskazując na coś, kogoś. To zwyczaj wzięty z tradycji Islamu.

Białym wybacza się niewiedzę na ten temat, ale i poucza się.

Rola kobiety. Nie byłam zaskoczona, kiedy oczywistym stało się, że to mężczyzna decyduje i jest ważniejszym członkiem społeczeństwa. (Człowiek bez rodziny- młody chłopak czy kobieta, również niewiele znaczą w statusie) Kobiety mają trudny obowiązek opieki nad rodziną. Te proporcje są jednak zachwiane najczęściej przez biedę, kiedy całe rodziny są rozbijane przez konieczność wyjazdu za pracą- zarówno dzieci, jak i matki czy ojcowie.

Zasady są mniej więcej takie jak w konserwatywnych rodzinach, ale wiedza na temat np. antykoncepcji- skrajnie różna.

Małego, nawet zaludnionego miasteczka, takiego jak Moree, nawet nie da się zestawić z wielkim Kumasi czy stolicą, ale co już jest dziwne, miasta, które mijaliśmy po drugiej stronie Volty, podobne z wyglądu- były bardziej "cywilizowane", bogatsze. Dzieci, nawet małe, dobrze mówiły po angielsku. Czyli wygląda na to, że na wybrzeżu, nie licząc okolic Akry, ludzie są najbiedniejsi, ze względu na fach, jakim się trudnią. Niewykształceni, nie patrzący w przyszłość.

Tutaj w Akrze nie dostrzegam miażdżącej różnicy między Europą a Afryką. Standard życia, zabieganie. Ale jest ładniej niż w Kumasi, które tak zakleszczone w sobie, nie dawało szans na oddech i dobre samopoczucie.

Żałuję, że nie udało się pojechać dalej na Północ. Tam może być zupełnie inaczej, inny klimat, ludzie żyją w innych warunkach ze względu na pustynny krajobraz. Nie mówiąc o Burkina Faso.

Więc kiedy tu wrócę? Niedługo, chyba, że rzeczywistość brutalnie pogrozi palcem, przypomni o światowym kryzysie, zagrozi stratą pracy, podczas kiedy teraz MARZĘ o jej rzuceniu i dalszej drodze.


Anka Drzazga , Moree 2009