Siedzę właśnie w fundacyjnej bibliotece i ogarnia mnie coraz większy smutek, że zostały mi ostatnie  dwa tygodnie pobytu tu. Moree jest sporą rybacką wioską, w której każdy „obruni”, w języku fanti -„biały” robi niemałe wrażenie. Wszyscy chcą dotkną, porozmawiać, wymienić się numerami z białym przyjezdnym. Jeśli się tylko na to zezwoli, Ghanijczyk zaprosi do siebie na posiłek, oprowadzi po okolicy, a najchętniej odwiedzi i coś ugotuje  na typowej afrykańskiej kuchni, która jest dostępna w pokojach należących do fundacji.

Biblioteka w Moree, to miejsce spotkań dzieci z całej wioski, które chętnie uczestniczą we wszystkich organizowanych atrakcjach, lekcjach, przede wszystkim z tańca i gry na bębnach. Zachęcam wszystkich do przyjazdu i pomocy w bibliotece, okolicznych szkołach oraz  podpatrzenia jak funkcjonuje Ghanijczyk! Po kilku tygodniach, można się tu czuć swobodniej niż Polsce. Po takim czasie wszystko przestaje być obce; ja przywykłam już do jedzenia zupy(!) rękami, targowania się na ulicy, pozdrawiania wszystkich lokalnych znajomych na każdym kroku, wymuszania pierwszeństwa na drogach i trąbienia co chwila, informując o tym, że właśnie się zbliżam:). Jeśli prażące słonce nie jest przeszkodą, to jest to najlepszy sposób na spędzenie pożytecznie kapitalnej części wakacji! Jest to przygoda nie tylko dla Europejczyka, ale i dla wszystkich, napotkanych na drodze, dla których stanowimy nie lada atrakcję! Radość witających nas dzieci, już pierwszego dnia wynagradza cenę biletu do Afryki! Zachęcam, bardziej niż gorąco!:)

 

Agnieszka Wislocka